Turek w Polsce

Nie, to nie będzie post o serach ani zwiedzaniu Polski 😉
Jak większość z Was zapewne wie, mój partner jest Turkiem i od prawie półtora roku mieszka w Polsce. Jak każdy imigrant, musiał przejść przez kilka szoków kulturowych, żeby móc się zaaklimatyzować.
Często czytamy o doświadczeniach Polek zagranicą, ale chyba rzadko się czyta o tym, jak obcokrajowcy dają sobie radę w Polsce (a w każdym razie ja nie trafiałam na zbyt wiele takich artykułów). Przedstawiam Wam zatem kilka kwestii, które zwróciły moją uwagę w jego próbach przyzwyczajenia się do polskich nowości.

1. Ale tu jest płasko!

W Stambule, mam wrażenie, ciągle gdzieś się wspina. Dopiero po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że faktycznie Warszawa jest zupełnie płaska! Nie ma ćwiczenia mięśni łydek przy wdrapywaniu się na coraz to nowe górki, nie ma wjeżdżania autem na wzgórze pod kątem 45 stopni, nie ma ryzykowania życia przy wjeżdżaniu pod górę zimą (na łysych oponach, jak to w Turcji).

2. Ale mało pijecie!

Faktycznie, w porównaniu z Turkami pijemy bardzo mało wody. W Stambule prawie na każdym rogu stoi Pan z Wodą i Turcy co chwila kupują półlitrowe plastikowe buteleczki (tak, mają bardzo duży problem z produkcją plastiku). Plus oczywiście herbata – zawsze i wszędzie.
„Ale macie niedobrą herbatę! I mały wybór!” – wybór oczywiście w czarnych herbatach liściastych, bo jakich innych. Nie wiem, czy wiecie, ale w Turcji nawet słynny żółty Lipton nie jest z Indii/Sri Lanki, ale produkowany w Turcji właśnie. Herbat liściastych jest całe mnóstwo i każdy ma określone zdanie na temat każdej. Ale i tak wypiją każdą podaną 😉
Niedawno też zdaliśmy sobie sprawę z tego, że ciężko jest gdzieś znaleźć „prawdziwą kawę” (według Turka) – małą, mocną i aromatyczną. Zwykle jedyny możliwy wybór to espresso, a ona, wiadomo, nie umywa się do kawy tureckiej.

3. Ale dużo pijecie!

Tym razem chodzi oczywiście o alkohol. To musi być szok dla każdego nie-Polaka (albo nie-Słowianina?). Każda impreza oznacza obowiązkową buteleczkę na stole. Każde świętowanie, każda radość i każdy smutek; gdy jest kilka osób, gdy jest ich całe mnóstwo; do śledzika, do pizzy i do deserów. Zawsze. Wszędzie. Ja również tej „tradycji” nie rozumiem, ale jej nie zauważałam dopóki nie spojrzałam na Polskę oczami obcokrajowca. Wstyd.

4. Ale alkohol jest tani!

Kwestia związana z punktem powyższym. Obcokrajowcy się zachwycają, że wódka, wino i piwo mogą być takie tanie. Ale co za tym idzie, to ilości pijaków w komunikacji miejskiej – moja osobista tragedia. Za każdym razem, gdy wchodzę do autobusu/tramwaju, sprawdzam dwie rzeczy: gdzie nie będzie wiało i gdzie nie ma śmierdziuchów. Fajnie, że mamy duży wybór w sklepach, ale nie wydaje mi się, żeby to było coś, z czego można być dumnym. Mam do czynienia z obcokrajowcami od ponad dziesięciu lat i słyszałam już za dużo historii o hindusach czy muzułmanach, którzy „zapominali” o nakazach swoich religii, widziałam zbyt wiele rozstań z powodu hmm niekontrolowanych zachowań na imprezach… Naprawdę, kiedyś trzeba powiedzieć STOP.

5. Ale tłusto jecie!

Wiadomo, w porównaniu z kuchnią śródziemnomorską faktycznie ta nasza jest dużo cięższa. Spójrzcie chociaż na menu którychkolwiek świąt – tu ciężka zupa, tam tłuste mięso, majonez, więcej majonezu, kapucha, jajka… Zakładam, że jest to uwarunkowane klimatem (organizm potrzebuje większej ilości kalorii w mrozie oraz zwyczajnie wiele warzyw i owoców w Polsce nie da rady wegetować), ale mam wrażenie, że też Polacy wybierają dużo więcej tłustych mięs (głównie wieprzowiny) niż np. kasz, „lekkich” warzyw, czy przetworów mlecznych. Owszem, Turcy lubią mięso, ale o wiele bardziej zwracają uwagę na jego jakość i spożywają dużo więcej jogurtu do tego. Niby jest też większy wybór warzyw, ale hmm jakoś nie widziałam, żeby Turcy ich dużo jedli (no, poza ziemniakami w każdej formie, bo przecież kartofelki to też warzywo, prawda?).

6. Tu nie ma gdzie iść!

W Turcji gdzie się nie spojrzy są ogródki herbaciane (çay bahçesi) i małe kawiarenki. Normalnym jest, że ludzie się w nich spotykają o każdej możliwej porze. Można porozmawiać, pograć w tavlę (backgammona), zawsze się spotka jakiegoś znajomego/sąsiada/kuzyna, a jak się zgłodnieje, to mają tosty, a niektóre nawet większe menu. Nie jest też niczym nadzwyczajnym spotykanie się w takich miejscach kumpla z kumplem. Wydaje mi się, że w Polsce faceci nie mają za bardzo gdzie iść – pub nie („bo przecież już mam dziewczynę” i „dżentelmen nie pije przed południem”), kawiarnia i spacer nie („to gejowskie”) [polska homofobia to temat na osobny wpis], restauracja nie („zbankrutuję, jak będę tam chodził codziennie”). Poza tym nie ma u nas takich właśnie malutkich lokali na luzie – gdzie można by siedzieć godzinami i sączyć herbatkę za 3-5 zł i nie ma też za bardzo kultury siedzenia na zewnątrz (ok, klimat, wiem). Ale naprawdę, zauważyliście, że większość ludzi się zwyczajnie okopuje w domach i tak często odwołują spotkania „bo mi się nie chce”?

7. Ale tu dużo pustych miejsc!

Ilekroć gdzieś idziemy i przechodzimy koło pola/pustkowia/terenu niezagospodarowanego, mój luby nie może się nadziwić, że takie miejsca istnieją. On jest już tak przyzwyczajony do wszędobylskich placów budowy, że odzwyczaił się od pustej przestrzeni i nie może się nadziwić, że takie miejsca jeszcze są możliwe 😉 W Stambule faktycznie ciężko znaleźć dzielnicę, w której coś by się nie rozbudowywało, a efektem tego są: rosnące ceny nieruchomości, burzenie starych budynków na poczet nowoczesnych (czyli niejaka utrata dziedzictwa, ale też większe bezpieczeństwo w przypadku trzęsienia ziemi) oraz… coraz więcej świetnych tureckich inżynierów. To dlatego warszawskie metro M2 buduje konsorcjum w połowie tureckie – tam są naprawdę dobrzy fachowcy (mówi to dziewczyna, która przez jakiś czas pracowała w stambulskim budynku na 47 piętrze i która na pewno znów się zgubi w Stambule, bo znów nie pozna, co jest czym).

8. Ale wy się „oficjalnie” umawiacie!

Gdy chcę się umówić z koleżankami, zaczynamy planowanie i synchronizowanie kalendarzy jakoś dwa tygodnie przed. Najpierw mówimy, kiedy na pewno nie możemy, kiedy raczej nie, a które dni są preferowane. Po kilku dniach udaje nam się ustalić wstępny termin, który później 2-3 razy zmieniamy, a i tak któraś na koniec nie dociera… Turek dzwoni do kumpla „- Cześć, co robisz?” „- Nic, a ty?” „- Też nic. Chcesz się spotkać? Za pół godziny?” „- Ok, do zobaczenia!”. Nie myślcie sobie, że są tacy małomówni. Nie, nie, nie. Jak się spotkają, obgadają każdy możliwy temat (poza tym, o co poprosiłam, oczywiście). I ta zdolność do paplania jest niezależna od płci. W przypadku kobiet zmieni się tylko temat (bo obowiązkowo będzie dyskusja o rodzinie, dzieciach, niezamężnych kuzynach i o serialach). Niezmiennie mnie jednak fascynuje ta zdolność do szybkiego umówienia się. I wiem, że inne „Turczynki” też się tym zachwycają (i, tak jak ja, nadal same nie mogą się tego nauczyć).

A czy Wy macie do czynienia z Turkami w Polsce? Jakie są ich wrażenia? Na co najbardziej zwrócili uwagę, na co się skarżą, a co chwalą najbardziej?

DSC_2316
Jezioro Sapanca – dobre miejsce na rozmyślania
Reklamy

Stambulskie historie #4 – Autobus

To jest czwarty post z serii „Stambulskie historie”. Wszystkie posty z tej kategorii są TUTAJ.

Kolejna opowieść o uczynności i życzliwości Turków. Ciągle mnie ona zaskakuje – to chyba niezbyt dobrze świadczy o Polsce i Polakach? Hmm…

Pewnego dnia wracałam z pracy autobusem – wiadomo: Stambuł i jego ruch uliczny, korki, tłok wszędzie, ludzie zdenerwowani, bo przy takim tłoku nie da się nie być uderzonym przez kogoś choć raz, ludzie ledwo mieszczący się w autobusach, bo jednak przy prawie 20-milionowym mieście nadal nie starcza autobusów i tylko brakuje, żeby ludzi siłą dopychać, żeby tylko drzwi się zamknęły…. I przy tym wszystkim na jednym z przystanków do autobusu chce wsiąść pan na wózku inwalidzkim. Stał na przystanku, pomachał kierowcy, że chce wsiąść i nawet się nie obejrzałam, a już po całej akcji. Autobus niestety nie stał tuż przy krawężniku, więc pan nie miał jak wjechać na rampę, a i autobus nie miał jak wycofać przy takim ruchu ulicznym. A tu momentalnie trzech rosłych mężczyzn wysiada z autobusu, jeden idzie na tył wycofywać pojazdy stamtąd, drugi stoi przy kierowcy, żeby mu pomóc manewrować, a trzeci pośrodku pomaga wyrównać do krawężnika i później wsiąść panu na wózku. Naprawdę, cała akcja zajęła może z pół minuty, a ja przez resztę podróży byłam w szoku, jak ochoczo i sprawnie wszystko zorganizowali zwykli mężczyźni z autobusu.

A oto i ten autobus, żeby nie było, że coś zmyślam:

autobus

Idź do lasu!

Jak zapewne wiecie, wrzesień to sezon grzybobrań – w tym roku szczególnie udany. Grzyby oznaczają chodzenie do lasu i spacerowanie po nim. Nie jestem zbyt dobra w znajdowaniu grzybów, ale nadal lubię takie wyprawy. Tak się złożyło, że na kilka takich wypraw rodzinnych wybrałam się z moją czteroletnią siostrzenicą. I nasunęło mi się ostatnio kilka refleksji związanych z typowymi problemami „wyjazdowymi”.

  • Pada deszcz, dorośli są w złym humorze, bo co tu robić, wyjazd zmarnowany, cały czas będziemy siedzieć w domu, to przecież można było nie wyjeżdżać w ogóle z miasta, jak wyjdziemy, to zmokniemy, na pewno się pochorujemy, jeszcze włosy się poskręcają w strąki……

Dla dziecka taka pogoda nie jest aż tak straszna. Oznacza gry planszowe z rodziną – hej, spędzimy trochę czasu wszyscy razem! Oznacza też możliwość założenia kaloszków i biegania po kałużach – przecież to super zabawa, jak to wszystko tak fajnie chlupie i się rozbryzguje! Oznacza też, o dziwo, nabieranie odporności, bo jeśli jednak wyjdziemy z tego domu na spacer mimo deszczu, to w większości przypadków się jednak nie pochorujemy, a dziecko właśnie nabierze choć trochę odporności, która się przyda niedługo w przedszkolu w sezonie przeziębień.

  • Dużo chodzenia w kółko po lesie – pewnie się zgubimy, zaatakuje nas łoś albo jakiś dzik, kleszcze na nas powłażą, nieprzyjemnie się robi siusiu w krzakach, będą bolały nogi, dziecko na pewno zaraz się znudzi i będzie marudzić…..

Z perspektywy dziecka takie chodzenie po lesie jest troszkę oswajaniem lęków (ale przecież skoro dorośli się nie boją lasu, to ja też nie będę, nie?), a trochę tajemniczą wyprawą w nieznane (och! och! Ciekawe, co jest tam dalej? O, a te drzewa rzucają taki tajemniczy cień!). Ok, po tak długim spacerze będą boleć nogi (w sumie bardziej dorosłych niż te szkraby-mutanty, które po spacerze dalej mają siłę biegać), ale ta satysfakcja, że się udało…. A wiecie, jak dobrze i mocno się dziecku śpi po tak wyczerpującej wyprawie? Co do marudzenia dziecka, to polecam… kreatywność. Każdy rodzic ma swoje sprawdzone sposoby na zajęcie dziecka i nie ma przecież takich, które by działały na każdego malucha, ale warto przy okazji wyprawy w nieznane spróbować choćby trochę „ukreatywnić” te sposoby – np. jeśli zazwyczaj liczycie samochody na ulicy, to teraz liczcie brzozy; jeśli dziecko lubi gry słowne, to teraz niech tematem przewodnim będą grzyby i natura; jeśli ćwiczycie piosenki – spróbujcie improwizować w tematyce grzybobrania. Dorosły też może mieć z tego rozrywkę, wiecie? ;D

  • jest nudno po powrocie z grzybobrania – co zrobić z resztą dnia? Ciągle tylko te same gry, a jeszcze dorośli zmęczeni i najchętniej poszliby się zdrzemnąć, a w ogóle to chyba zaraz będzie znowu padać…..

A wiesz, że las to nie tylko grzyby? 😉 Dla nas to oczywiste, że wyjazd poza miasto to ponowne zachłyśnięcie się naturą, zielenią, prostotą. Ale dziecko niekoniecznie sobie zdaje sprawę z tego, jak wyjątkowe i ważne jest odetchnięcie od tłoku, tempa i spalin miasta. Musimy dziecko tego nauczyć, zwrócić jego uwagę na wyjątkowość takich miejsc i niepowtarzalność niektórych z tych przeżyć. Jeśli już zaaplikowałeś(łaś) kreatywność i  np. idziecie z dzieckiem dookoła działki na wspaniałą wyprawę w poszukiwaniu… żołędzi, to nie stój nad dzieckiem, mając nos w messengerze, ale sam(a) też się otwórz na wszystko, co jest dookoła. Jeśli wsłuchacie się w las, zauważycie, że ta kora spadająca na was z drzewa to efekt stópek wiewiórki, a to monotonne stukanie to dzięcioł. Te ciągłe wrzaski w oddali, to ptaki, które kłócą się o terytorium, a ten szum w liściach…. to jeż? A może żuczek, który niesie coś ciężkiego? A zauważyłeś(łaś) tę gąsienicę na drzewie i to, ile ma kolorów?

Zatem mój apel do was, rodziców, opiekunów, cioć, wujków, babć, dziadków:
spróbujcie odnaleźć w sobie dziecko i dajcie mu szansę otworzyć się na ten piękny świat natury dookoła, a wtedy pokażcie temu małolatowi obok, jak to się robi.
Póki jeszcze mamy lasy i cuda w nich.

 

A na koniec zagadka: ile widzicie ciekawych (dla dziecka) elementów na tym zdjęciu?

IMG_20170914_134221

Stambulskie historie #3 – Anyż

To jest trzeci post z serii „Stambulskie historie”. Wszystkie posty z tej kategorii są TUTAJ.

Ludzie religijni zdarzają się, rzecz jasna, w każdym wyznaniu. I ich religijność, czy też stopień zaangażowania ciężko jakkolwiek stopniować. Ale nie mogę zapomnieć pewnej historii, którą jednak ciężko przyrównać do realiów polskich.

Jeden znajomy Turek w ostatniej klasie liceum już nie bardzo się interesował nauką, a bardziej dziewczynami, muzyką i… alkoholem – młody gniewny, wiadomo. Pewnego dnia jego kumpel przyniósł do szkoły, w plecaku, butelkę rakı (tureckiej wódki anyżowej) zwiniętej z barku ojca. Mieli w planie obalenie buteleczki po szkole. Niestety butelka się zbiła tuż przed lekcją religii i w całej sali cuchnęło anyżem. Uczniowie się śmiali, bo dla nich było oczywiste, skąd się rozchodzi zapach, ale nauczyciel religii do końca nie załapał, czym były spowodowane śmiechy uczniów i cóż było źródłem specyficznego zapachu.

Wielu nauczycieli religii to ludzie, którzy od dziecka są wychowywani bardzo „religijnie” – chodzą do kolejnych szkół religijnych, a ci bardziej majętni już od dziecka kształcą się w takich prywatnych szkołach z internatem, często z dala od domu (a szkoły te, swoją drogą, mają zazwyczaj bardzo wysoki poziom kształcenia). Czyli: bardzo możliwe, że pan od religii naprawdę nie znał zapachu rakı. Czy wyobrażacie sobie jakiegokolwiek Polaka, który by nie znał zapachu np. piwa? Niemożliwe, prawda?

Stambulskie historie #2 – Przystanek

To jest drugi post z serii „Stambulskie historie”. Wszystkie posty z tej kategorii są TUTAJ.

Pewnego słonecznego i bardzo upalnego dnia w czasie ramadanu (czyt. ludzie są bardziej nerwowi) czekałam na przystanku na autobus. Zwróciłam uwagę na młodą dziewczynę, która właśnie dość nerwowo się zachowywała. Typowa turecka pracownica biurowa, czyli krótka spódniczka, dekolt, buty na obcasie, mocny makijaż, zrobione włosy… Tylko to nerwowe zachowanie… No ok, wszyscy już baardzo czekamy na ten autobus, ale żeby tak ciągle wychodzić na ulicę prawie biegiem? Wtem dziewczyna ponownie biegnie na ulicę, (widzę, że już zbliża się autobus), wraca na chodnik, jednym ruchem zrywa liść z drzewka (a że cała gałązka się przy tym oberwała..co tam!) i z tym liściem biegnie na ulicę, bo…środkiem ulicy szedł piękny żuczek! Dziewczyna nagarnia go na liść i bezpiecznie odstawia na skraj chodnika – żeby tylko go nie przejechał autobus.

Nie wiem, czy ktoś jeszcze z przystankowiczów zwrócił uwagę na to, co się właśnie wydarzyło, ale ja się uśmiechnęłam do dziewczyny, gdy zrozumiałam, czego dokonała, niemal ryzykując życie, a ona… nieśmiało się od-uśmiechnęła. I ten nieśmiały uśmiech wypacykowanej laluni do dziś pamiętam.

A oto słynne drzewko:

drzewko

Stambulskie historie #1: Starszy pan

Od jakiegoś czasu zbieram takie minihistoryjki zobaczone lub zasłyszane w Stambule.

Pomyślałam, że się nimi z Wami podzielę, bo moim zdaniem pokazują ciekawe oblicza Turcji i Stambułu z troszkę innej strony.

W Stambule mieszkaliśmy w dość konserwatywnej dzielnicy, a nasz blok był na szczycie wzgórza. Lubiłam często wyglądać przez okno i patrzeć na to, co się dzieje na świecie (zwykle ograniczało się to do obserwowania osiedlowej watahy bezpańskich psów, bo właśnie niewielki tam panował ruch). Pewnego niezbyt pogodnego dnia zauważyłam starszego pana schodzącego ze wzgórza. Szedł on powolutku, co chwila robił sobie przystanki, a że nawet z laseczką ciężko jest iść po tak stromym wzgórzu, bacznie go obserwowałam, żeby mieć pewność, czy jest bezpieczny. Gdy w pobliżu przejechał samochód, starszy pan machał do niego. Na początku myślałam, że machał do znajomych, ale później machał również do innych samochodów. Trzecie auto z rzędu się jednak zatrzymało (na środku uliczki). Starszy pan „zbiegł” do niego, zagadał coś do kierowcy i wsiadł do tegoż samochodu. Okazało się, że chciał tylko podwózki w dół wzgórza i że najwyraźniej jest to dość popularna praktyka, bo kierowca samochodu nie wyglądał na zbyt zdziwionego.

To jest takie normalne, że zaczeka się na osobę starszą i poświęci te całe kilka minut i ociupinkę paliwa, żeby komuś pomóc bezpiecznie dotrzeć do celu. A Ty jak często się spotykasz z takim bezinteresownym zachowaniem wobec nieznajomych?

Czy Stambuł jest miejscem dla mnie – cz. 2

Niedawno opublikowałam pierwszą część listy, która pokazuje, jakim właściwie miastem jest Stambuł i dla kogo jest lub nie jest dobrym miejscem. Dzisiaj druga część listy – mam nadzieję, że pomoże przybliżyć Wam obraz tego pięknego miasta i podjąć decyzję, czy warto w nim zamieszkać.

Ostrzegam ponownie, są to bardzo subiektywne opinie i dotyczą głównie azjatyckiej strony miasta – na pewno nie wiem wszystkiego i nie upiększam rzeczywistości. 😉

no suga

Czy Stambuł jest miejscem…

…dla osób aktywnych politycznie?

Oj, lepiej nie.
Co jakiś czas słyszy się o problemach, jakie mieli imigranci, bo za głośno wyrażali swoje opinie polityczne. Poza tym, w związku z nagonką na FETÖ i ciągłymi aresztowaniami, szczególnie w jednostkach szkolnictwa wyższego, widzę, że coraz więcej obcokrajowców nie czuje się bezpiecznie. Zdarzały się sytuacje, że imigranci nie byli po wyjeździe np. na wakacje wpuszczani z powrotem do Turcji, bo pracowali w szkole, która w międzyczasie została uznana za współpracującą z FETÖ. Wiadomo, że obcokrajowiec pewnie nie politykował, a raczej zwyczajnie nie wiedział, w której drużynie gra jego szkoła, ale służby celne nie bardzo to interesuje. Nie słyszałam, żeby osoba niewpuszczona do Turcji później do niej jednak wróciła. Więc lepiej (bezpieczniej!) się orientować w sytuacji, ale siedzieć cicho…

…dla ludzi lubiących kontakt z naturą?

Nie bardzo.
Stambuł to wielkie miasto, prawie dwudziestomilionowy moloch. Na dodatek nadal się rozrasta i czasem mam wrażenie, że jest wielkim placem budowy (szczególnie w dzielnicy Pendik: budowa kolejnych stacji metra, przebudowa dróg szybkiego ruchu [Sahil Yolu], burzenie starych bloków i zastępowanie ich nowymi, odporniejszymi na trzęsienia ziemi). Niestety lasów jest niewiele (po azjatyckiej stronie tylko jeden taki z prawdziwego zdarzenia), parków zaledwie kilka (ale za to Göztepe park też ma tulipany :D), a z większych terenów zielonych to tylko Polonezköy, które jest, jak już pisałam w poprzednim poście, dość daleko. Oczywiście można też pojechać na wyspy (Adalar) lub na tereny podmiejskie, ale to za każdym razem kilkugodzinna wyprawa.

…dla ludzi z problemami skórnymi/z zatokami/z alergiami?

Nie.
W moim drugim poście z Turcji pisałam, że poprawił mi się stan skóry, ale niestety to było tylko chwilowe. I wszyscy to zauważają u siebie, niezależnie od narodowości, konkretnego miejsca zamieszkania, czy jakichkolwiek innych czynników. Alergie też się wszystkim nasilają, bo ta śliczna, romantyczna mgła nad miastem/nad Bosforem to tak naprawdę żółty smog, który (niespodzianka!) nie pomaga skórze czy płucom. Co do zatok, to tak, zapewne domyślacie się, że również tutejszy klimat (wilgoć i wiatr), smog i wszechobecna klimatyzacja nie działają na zatoki dobrze. Ja nie miałam nigdy problemów z zatokami, a teraz wręcz przewiduję pogodę poziomie zapchania nosa i bólu głowy. Każdy znajomy ma zawsze przy sobie super środki na zatoki i wielu ludzi również używa sprejów (z kortyzolem, a co tam!). No nie jest wesoło… 😦

…dla ludzi bez samochodu?

Nie bardzo.
Oczywiście DA SIĘ żyć bez auta, my tak sobie radzimy na co dzień. Stambuł ma moim zdaniem bardzo dobrze zorganizowaną komunikację miejską, ale jako że odległości są spore, to takie spędzanie 2-3 godzin dziennie na dojazdach do pracy (w jedną stronę!) baaardzo męczy po jakimś czasie. Standardem jest praca do 18, czyli wraca się do domu po 20 i wiadomo że nie bardzo ma się wtedy siłę na cokolwiek. Kolacja, paciorek i spać… Wiem jednak, że ludzie mający auto zupełnie inaczej odbierają miasto – lepiej je poznają, mają więcej czasu dla siebie i…ogólnie są szczęśliwsi. Czyli: można sobie spokojnie poradzić bez samochodu, ale na dłuższą metę nie bardzo to ma sens.

…dla ludzi nieznających języków?

Tak.
Wiem, że niektórych może zaskoczy ta odpowiedź, ale tak naprawdę nie trzeba znać angielskiego, niemieckiego, czy nawet tureckiego, bo…i tak się nie dogadamy haha! Po stronie azjatyckiej (poza Kadıköy) zdarzyło mi się usłyszeć angielski 2 (słownie: dwa) razy (poza moim znajomymi oczywiście). Co do tureckiego, to staram się go używać wszędzie (ha! Nie mam wyboru!), ale zazwyczaj ludzie i tak nie rozumieją, a że nie mają za dużo do czynienia z obcokrajowcami, to zwyczajnie nie wiedzą, jak można sobie poradzić inaczej (np. mową ciała) – tak, jest to lekko demotywujące, gdy naprawdę macie chęć nauczenia się języka… Czyli: trzeba się przygotować na to, że zawsze i wszędzie będziemy tymi obcymi (yabancı) i to, czy znamy języki (i/lub ile ich znamy) niewiele nam pomoże (no chyba że ktoś już mówi bieeegle po turecku).

…dla „gramatycznych nazistów”?

Nie.
Po pierwsze: Turcy nie bardzo zwracają uwagę na poprawność gramatyczną (lub interpunkcyjną lub jakąkolwiek inną) w jakimkolwiek języku, więc też np. co do zasady nie są zbyt dobrymi nauczycielami języków (no cóż, taki system edukacji najwyraźniej). Do szewskiej pasji doprowadza mnie ich nieużywanie wielkich liter (i pisanie do mnie „anna”) i znaków interpunkcyjnych (jakichkolwiek).
Po drugie: nie zdawałam sobie z tego wcześniej sprawy, ale akcent turecki bardzo „przesiąka” na inne języki. Wydaje mi się, że teraz już jestem w stanie poznać Turka gdziekolwiek na świecie – po ich charakterystycznej wymowie „r” i kilku cechach gramatycznych, które jakoś tak łatwo im przechodzą na inne języki (ale o tym może napiszę osobnego posta). Zauważyłam nawet, że sama mówię teraz inaczej zarówno po polsku, jak i po angielsku. Aaaa mam nadzieję, że to można wyleczyć! 😉

…przyjaznym obcokrajowcom?

To zależy.
Jak pisałam wyżej, można mieć problemy z porozumieniem się z ludźmi. Ale z drugiej strony, Turcy generalnie są mili i uczynni, więc nawet, jak nie będą rozumieli, co się do nich mówi, to i tak będą starali się pomóc, jak się da 😉 Poza Kadıköy nie spodziewałabym się informacji, menu, instrukcji itp. po angielsku. Co do komunikacji miejskiej i oznaczeń hmm drogowych, to wszystko jest zrozumiałe. „Dur” na czerwonym znaku to „stop”, ale tego chyba można się domyślić i hmm to chyba jedyna znacząca różnica w oznaczeniach, która mi przychodzi do głowy.

…do zamieszkania na…zawsze?

Wiele Polek, które tu poznałam znalazło w Stambule swoje miejsce. Mają tutaj rodziny, domy, ułożone życie i większość nie myśli o wyjeździe. Czyli: da się.
Ale tu dochodzimy do sedna sprawy. To, że Stambuł jest piękny, zapierający dech w piersiach i niezapomniany, to nie ulega wątpliwości. Bardzo polecam każdemu odwiedzenie dawnego Konstantynopola, bo naprawdę warto. Ale sęk w tym, że on jest piękny za pierwszym razem, jak nie dostrzegamy tego brudu, stresu i ułudy dookoła. Zapiera dech w piersiach, bo jest zwyczajnie inny i dla niektórych może egzotyczny, ale po jakimś czasie zaczyna dosłownie zapierać dech z powodu smogu…
A czy jest niezapomniany? Na pewno. Ja nigdy go nie zapomnę, nie będę żałowała tych 20 miesięcy spędzonych tutaj i mam nadzieję, że będę tu czasem wracać – po to, żeby właśnie spojrzeć na niego z innej perspektywy, nie tej, która stała się nudną i szarą rzeczywistością mojego prywatnego więzienia.

Wiadomo, każdy ma inne wymagania/oczekiwania/potrzeby i moje w większości nie zostały zaspokojone. Ale swoją przygodę przeżyłam i myślę, że wiele się nauczyłam.
Ja byłam rozczarowana mieszkaniem tutaj, ale nadal będę wszystkim polecała przekonanie się na własnej skórze, bo kto wie, co „Istanbul, not Constantinopole” ma w zanadrzu dla Ciebie? Na pewno dużo niespodzianek 😀

A tutaj kilka wiosennych ujęć natury – na zachętę 😉

spring

Czy Stambuł jest miejscem dla mnie – cz. 1

Tak, wiem, dawno nie pisałam. Przepraszam, jest mi wstyd, obiecuję (i Wam, i sobie) poprawę. Ja naprawdę mam dużo pomysłów (sprawy prywatne, migracyjne, tureckie, polskie, kanadyjskie [nowość – yeah!]… achhh..), ale jakoś tak ciągle nie mogę się zabrać do spisania tego wszystkiego, co mam w głowie (i setkach notatek)…

Dzięki rozmowom z Rodzinką zaczęłam się zastanawiać, jak to jest, że jakieś miejsce, choćby najbardziej zapierające dech w piersiach, może okazać się tak obrzydliwe, gdy się w nim zamieszka. I też jak to możliwe, że to samo miejsce może być tak różnie odbierane przez różnych ludzi, którzy teoretycznie mają podobny punkt widzenia – również w nim mieszkają, też są imigrantami, może nawet też nie za bardzo znają lokalny język.

Mowa oczywiście o Stambule*, moim mieście już od półtora roku. Chociaż czy faktycznie jest takie moje…?

*Pamiętamy, że forma Stambuł jest jedyną poprawną, tak? (NIE Istanbul gdy mówimy po polsku i NIE Istambuł).

Wiadomo, inaczej odbiera się Miasto miast, gdy się w nim jest turystycznie – tylko przejazdem, a inaczej, gdy się w nim mieszka na co dzień. Również zupełnie inną perspektywę będzie się miało w zależności od tego, czy pracujemy, czy mamy lokalnych znajomych oraz…czy mamy samochód (nie żartuję).

Przygotowałam małą listę, która pokaże Wam różne oblicza Stambułu „od wewnątrz” i może pomoże ludziom zastanawiającym się nad przeprowadzką do tego miasta w podjęciu decyzji.

UWAGA: należy wziąć pod uwagę, że mieszkam po azjatyckiej stronie miasta, więc poniższe informacje odnoszą się głównie do tych „mniej ekspackich/imigranckich” rejonów. Równie ważne jest to, że opinie są głównie moje lub wynikające z obserwacji fejsbukowej grupy imigrantek w Stambule (ponad 6 tys. członkiń) – czasem mogą być nieobiektywne 😉

Czy Stambuł jest miejscem….

…dla rodzin?

Tak, jak najbardziej.
Turcy są bardzo rodzinni i uwielbiają dzieci.
Centra handlowe pękają w szwach w weekendy, bo gdzież indziej by można iść całą rodziną, jeśli nie na zakupy i do fast foodu na lunch i/lub kolację. A, i ewentualnie kino i sala gier.
Restauracje: kąciki zabaw dla dzieci nie są zbyt popularne, ale (niestety hahah) normalne jest, że dzieci siedzą z rodzicami przy stole (i się drą niemiłosiernie ;p).
Sporty: nie praktykuje się.
Wyjazdy na łono natury: można jechać np. do Polonezköy (ode mnie to jakieś 3 godziny jazdy samochodem) albo nad jezioro Sapanca (2 godziny pociągiem) lub na stambulskie wybrzeże (tak, 2 metry od drogi szybkiego ruchu) i ewentualnie na wyspy (promem na którąś z Adalar). Ogólnie niewiele możliwości. Nie ma za bardzo (dużych) parków, lasów itp. Do grillowania służy za to każdy skrawek trawy na wybrzeżu.

…dla singli?

Tak.
Kobietom szybko się odechce kontaktów z płcią przeciwną hihi (od tych setek zaproszeń do znajomych na FB i wiadomości typu „Hi, how are you?” albo równie błyskotliwych „Hi, wanna meet?”). Ogólnie, o dziwo, dość ciężko jest znaleźć faceta „na poważnie”, ale jeśli ktoś po prostu chce poznać ludzi, to nie ma nic prostszego – co chwila gdzieś odbywają się jakieś spotkania (np. CouchSurfing, InterNations), a można też pobawić się Tinderem.
Doszły mnie słuchy, że z kolei facetom dość ciężko kogoś poznać, bo właśnie większość jest nauczona doświadczeniem, że ciągle ktoś do niej pisze i ciągle ktoś podrywa i w ogóle to „dajcie mi już święty spokój”, więc trochę ciężko się przez to przebić.
Ale, ogólnie rzecz biorąc, możliwości spotkań są – i to zarówno w Europie, jak i Azji.

…dla studentów?

Hmm jeśli zawsze marzyłeś o nauce nowego języka, to jak najbardziej 😉
Ok, tak naprawdę, to w Stambule jest kilka bardzo dobrych uczelni i widzę, że jest tu wielu studentów z Europy, który przyjeżdżają na Erasmusie albo nawet na cały tok studiów. Na tych najlepszych uczelniach (Sabancı Uni, Istanbul Uni, Boğaziçi Uni, Istanbul Technical University i Koç Uni) mamy szansę studiować całkiem po angielsku, chooociaż słyszałam, że na niektórych kierunkach trzeba czasem twardo się dopraszać, żeby wykładowcy nie mówili z wygody po turecku. Ale, jak to w Turcji, wszystko da się załatwić 😉 Na pozostałych uczelniach może być ciężej z angielskim.
Fajną opcją jest Türkiye Bursları, które daje możliwość młodym ludziom aplikowania na ciekawe programy stypendialne.
Co do studenckiego życia, to po stronie europejskiej na pewno jest gdzie chodzić, gdzie się uczyć, gdzie poznawać ludzi. Po stronie azjatyckiej liczcie się z dojazdami do Kadıköy, bo to głównie tam się toczy rozrywkowe życie. A, i sprawdźcie na mapie, gdzie jest Wasza uczelnia (np. Sabancı jest baaardzo daleko od cywilizacji, więc trzeba się liczyć z uzależnieniem od uczelnianych busów).

…dla miłośników zwierząt?

Ciężko powiedzieć. Trzeba wziąć pod uwagę, że jednak wiele osób czerpie (błędną?) wiedzę z hadis, które mówią, że koty są fajne, a psy brudne i złe. Ponoć niedokładnie tak było w hadisach, ale taka wiara pokutuje. Dlatego też z reguły ludzie nie mają psów w domach (Serio! Jak po kilku miesiącach zobaczyłam kogoś z psem na smyczy, to byłam w szoku, bo zapomniałam już, jaki to widok) i też niektóre dzieciaki nie traktują ich zbyt dobrze. Ale z drugiej też strony jest wystarczająco dużo ludzi, którzy opiekują się bezpańskimi psami – przynoszą im regularnie jedzenie i wodę, stawiają domki na zimę, wpuszczają do lokali handlowych na czas mrozów… I to jest piękne, bo szczerze mówiąc, nie widziałam za dużo takiej opieki nad nieswoimi zwierzakami w Polsce.
Co do kotów, to czasem mam wrażenie, że to jest jakaś zaraza. Wszyscy kochają koty, wszyscy się zachwycają tymi bezpańskimi i większość ludzi ma co najmniej jednego kociaka w domu. Czasem aż mi głupio, że…no… jak tak nie za bardzo je uwielbiam 😉
Co do innych zwierzaków, to w sklepach zoologicznych niby widać króliczki (tititi <3) i ptaki, ale jakoś nie znam nikogo, kto by je miał.

…dla właścicieli zwierząt?

Trochę odpowiedzi już jest powyżej – jeśli chodzi o stosunek ludzi do zwierzaków.
Z tego, co wiem, Turcja nie ma jakichś super rygorystycznych regulacji dotyczących transportu zwierząt, ale zawsze i tak warto sprawdzić aktualne informacje przed wyjazdem (na stronach linii lotniczych, np. LOT lub Turkish Airlines oraz np. na Pet Travel czy YellAli Jeśli mowa o mieszkaniu z psem w Stambule, to widzę tu dwa możliwe problemy: wielu właścicieli mieszkań nie zezwala na trzymanie w nim psa (bo: patrz punkt wyżej) oraz czasem może nie być zbyt bezpiecznie wychodzić z nim na spacery (bo: prawie każde osiedle ma swoją „watahę” psów i one niekoniecznie mogą być przyjaźnie nastawione wobec nowego psa „na dzielnicy”). Z kotem jest łatwo, bo każdy je uwielbia (trzeba tylko mieć na uwadze zalotników, których zapewne będzie wielu dookoła) 😉

…dla rowerzystów/rolkarzy/wrotkarzy/joggerów?

Dla okazjonalnych sportowców – tak. Dla profesjonalistów – nie.
Biegacze mają gdzie biegać – z tym jest ok.
Wrotkarze/rolkarze mogą próbować po chodnikach lub trasach rowerowych. Nie słyszałam o jakimkolwiek torze wrotkowym/rolkowym w Stambule.
I ok, jest kilka tras rowerowych wzdłuż wybrzeża i tam można sobie długo (przez prawie całą długość tegoż wybrzeża), fajnie (dzięki widokom), choć niekoniecznie spokojnie (z powodu setek ludzi, którzy nie zauważają, że to trasa rowerowa i co chwila wchodzą pod koła) pojeździć, ale nie zawsze chce nam się dojeżdżać te 30-45 minut do wybrzeża i tachać ze sobą rower. Ok, można wypożyczyć rower. Co kilka kilometrów są stojaki, ale szczerze mówiąc, nie wiem, jak to działa i ile kosztuje (choć słyszałam, że nie za dużo).
Poza trasami rowerowymi stanowczo odradza się jeżdżenie na czymkolwiek. Nawet znajomy Turek, wielki fan kolarstwa, kiedyś stwierdził: nawet o tym nie myśl, jeśli nie jesteś Turkiem (żeby odpowiednio bluzgać na kierowców aut, które ciągle będą chciały cię przejechać) i twardzielem (żeby się nie zgubić i przeżyć bliższe spotkania z szalonymi autami).

…dla miłośników fitnessu/basenu/ogólnie sportu?

I tak, i nie.
Niby są jakieś centra fitnesowe, ale takie większe przyjmują tylko płatności turecką kartą kredytową (której imigranci nie mają raczej szansy dostać), a mniejszych jest niewiele. Każda dzielnica ma za to dzielnicowe centra sportowe i to jest super rozwiązanie. Jedyne, co trzeba zrobić, to znaleźć takie centrum sportowe, zarejestrować się, zrobić badania lekarskie (ok. 10 TL) i zapłacić za miesiąc z góry (ok. 55 TL). Do wyboru w naszym (a to nie jest jakieś popularne/duże miejsce) była piłka nożna, siłownia, tenis, aerobik, kick-boxing i pilates. Ale ten wybór będzie różny w zależności od dzielnicy.
Basen to niestety moim zdaniem taka mała hańba Turcji (a może tylko Stambułu). Otóż Turcja, jak wiecie, ma cztery morza, a jednak niewielu Turków, których znam umie dobrze pływać. Na pewno inaczej to wygląda w miejscowościach nadmorskich, ale tutaj serio niewiele osób miało wystarczającą styczność z wodą. Bo właśnie nie ma takiej kultury basenowej, jaką znam z Polski. W weekend rodziny czy znajomi prawie nigdy nie idą na basen (ja w sumie nadal nie wiem, gdzie tu jest jakikolwiek basen w okolicy), tylko zawsze do centrów handlowych – bleee.

…dla miłośników futbolu/siatkówki/koszykówki?

I tak i nie.
Piłka nożna to turecki sport narodowy. Nie da się mieszkać w Turcji i nie być fanem (a właściwie, w przypadku lokalsów, fanatykiem) jakiejś drużyny piłkarskiej (zwykle Beşiktaş, Galatasaray lub Fenerbahçe). Myślę, że z tego też powodu jest tak wiele centrów sportowych (o których mowa powyżej). Boiska do futbolu też widać na każdym kroku. Plus dzieciaki grają w nogę wszędzie, gdzie jest skrawek trawy.
Siatkówka i koszykówka to inna sprawa. Siatkówka nie jest zbyt popularna, mimo że kobieca drużyna Turcji odnosi(ła?) sporo sukcesów. Nikt się nią nie interesuje. Koszykówką niektórzy się interesują, ale i tak nie jest tak popularna, jak powinna. A powinna, bo koszykarska drużyna Beşiktaş jest bardzo dobra i odnosi wiele sukcesów już od dobrych kilku lat. Moja koleżanka pisała pracę o marketingu tureckiego sportu drużynowego. I niestety, poza futbolem on tak raczej nie istnieje…

…dla miłośników sportów mniej popularnych (futbol amerykański, rugby, hokej na lodzie…)?

Nie. Nie spotkaliśmy się z jakimkolwiek centrum sportowym, w którym można by je trenować. Chociaż raz byliśmy zszokowani, jak zobaczyliśmy, że dzieciaki grały w rugby na boisku meczetu koło nas (i to całkiem profesjonalnie, z koszulkami i w ogóle!). To było bardzo dziwne zjawisko 😉

…dla artystów?

Raczej tak. Nie trzeba chyba przypominać, że Stambuł to piękne historyczne miasto, więc na każdym kroku się znajdzie perełki architektoniczne, jak również wiele muzeów, wystaw, eventów…
Bazary w okolicach Eminönü słyną z tego, że mają wszystko, czego można zapragnąć (farby, pędzle, materiały, nici, koraliki…) i w ogóle strona europejska ma wiele do zaoferowania, jeśli chodzi o doznania artystyczne. Jeśli chodzi o stronę azjatycką, to również w Kadıköy można znaleźć wiele ciekawych sklepów (sklepy artystyczne, z artykułami szkolnymi, hobbistyczne), a nawet taki niby konserwatywny Pendik ma całkiem fajny sklep Kaplan z wszelkimi nićmi, materiałami, wstążkami, cekinami, wszywkami, a nawet maszynami do szycia.

…dla bibliofilów?

Jeśli czytasz po angielsku, to tak.
Wiele imigrantek poleca Book Depository (ponoć dostawa [darmowa!] może troszkę zająć, ale wszystko jest ok). Potwierdzone też, że Amazon UK dostarcza do Turcji.
W całym Stambule jest kilka księgarni: Greenhouse, D&R i Remzi Kitapevi.
Po stronie europejskiej: Pandora koło Istiklal Caddesi, Galeri Kayseri na Sultanahmet.
Po stronie azjatyckiej: pasaż (Akmar w Kadıköy, koło księgarni Nezih) i jeden zespół księgarenek z używanymi książkami (w górę od byka w Kadıköy, wejście koło sklepu z dużymi ubraniami).
Książki polskie można dostać hmm albo dostawą z Empiku albo dzięki kontaktom z Polakami (warto dołączyć do polskich grup na FB, żeby wiedzieć, kiedy i gdzie odbywają się polskie spotkania).
Ogólnie, jak to na emigracji, wiele osób przekonuje się do ebooków, więc warto przed wyjazdem z Polski rozważyć zakup czytnika ebooków (np. Kindle’a <3).  Elektronika w Turcji jest droższa niż w Polsce, jakby coś.

Ups, troszkę długa wyszła ta lista, ale…to jeszcze nie koniec! Już niedługo jej druga część, która pomoże jeszcze lepiej zrozumieć, jakim właściwie miejscem jest Stambuł i podjąć decyzję: czy to właściwie jest miasto dla mnie?

A tu taki mały pozytyw mieszkania w Stambule – takie piękne dni w marcu 😀

Klub Polki na Obczyźnie

Hej, chciałam tylko się pochwalić, że zostałam (ok, w drodze wyjątku) przyjęta do Klubu Polki na Obczyźnie!

Strasznie się cieszę! A wiecie, dlaczego? Bo to bardzo aktywna grupa kobiet, która ma na celu wspomaganie dziewczyn za granicą, popularyzowanie kultur, w których emigrantki mieszkają, ale też…motywowanie do działalności społecznej i twórczej! Ok, to ostatnie może nie jest głównym/bezpośrednim celem, ale dla mnie to właśnie w dużej mierze wpłynęło na decyzję o chęci wstąpienia do Klubu. Już widzę przyszłe spotkania tu w Turcji, w dalszej przyszłości w Kanadzie i dużo dużo treści, które mam nadzieję tworzyć! Juhuu!

Tutaj jest LINK do strony, bardzo polecam poczytanie, czym się dziewczyny zajmują (a właśc. teraz już czym się zajmujeMY), a jeśli sama mieszkasz poza Polską (min. rok), zgadzasz się z ideami Klubu i masz bloga, to może pomyśl też o dołączeniu (ale to dopiero jakoś od lutego 2017 chyba).

PS. Jestem też mega dumna, że udało mi się ogarnąć, jak dodać logo Klubu do menu po prawej. Hej, nadal się uczę! 😉

logoklub

Poprawna polszczyzna – nasze ulubione błędy

Cześć! Niektórzy z Was może wiedzą, że mam małego świrka na punkcie gramatyki i ortografii języka polskiego (ok, nie tylko polskiego). Jakiś czas temu (to już 5 lat temu!) napisał mi się TEKST o błędach, z którymi wtedy miałam najczęściej do czynienia i teraz postanowiłam wrócić do podobnej tematyki. Na początek wrzucę tutaj treść tamtego posta, a w przyszłości planuję napisać więcej takich – i o języku polskim i o angielskim. Co sądzicie?

Z polskim będzie o tyle trudniej, że Pani Korektor (której BLOGA, fanpage‚a i grupę uwielbiam) pisze na ten temat i co jakiś czas pojawiają tam się błędy/rozmyślania, które ja już miałam zaplanowane. No ale cóż, może coś tam jeszcze zdążę 😉

[poniżej oryginalny tekst, z kilkoma poprawkami/aktualizacjami]

Pewna koleżanka skarżyła się ostatnio, że jej mąż nie umie się nauczyć poprawnie mówić pięć złotych i ciągle ucina owo –ch. Inna koleżanka z kolei bardzo jest wrażliwa na mówienie przez ludzi *wziąść, czy kartofle zamiast ziemniaki. To ostatnie oczywiście nie jest błędem, tylko regionalizmem, ale obie te sytuacje dały mi do myślenia. Czyż nie jest tak, że często  zwracamy uwagę na to, jak ludzie się wyrażają i na tej podstawie ich oceniamy? Jakoś dla mnie elegancka i kulturalna kobieta MUSI się wyrażać poprawnie, tak jak i mężczyzna, z którym mam mieć dalszy kontakt (a nie tylko jednorazowy hihi). Nie sądzicie?

Od dziecka bardzo interesowałam się poprawną polszczyzną i dużo czytałam na ten temat, więc mam nadzieję, że moje obserwacje będą dla Was inspiracją i dadzą do myślenia. Zachęcam do czytania na temat poprawności językowej (Słowniki! Książki i porady prof. J. Bralczyka, prof. J. Miodka, prof. A. Markowskiego…) i popularyzowania jej stosowania:)

W razie wątpliwości językowych zachęcam do sprawdzenia oczywiście papierowych słowników, ale jak ktoś [jeszcze] żadnego nie ma albo potrzebuje coś pilnie sprawdzić, będąc w autobusie, to polecam:
słownik języka polskiego PWN – tu się fajnie i szybko sprawdza, czy dane słowo istnieje, jak je poprawnie zapisać oraz jak je odmieniać,
słownik gramatyczny języka polskiego – tu mamy pełną odmianę większości wyrazów (ale niestety brakuje w nim niektórych słów),
poradnia językowa PWN – dobre źródło przy poważniejszych „rozkminkach” językowych (na różne tematy wypowiadają się profesjonaliści),
słownik języka polskiego – tutaj łatwo i szybko można sprawdzić, czy dane słowo istnieje, ale UWAGA: nie jest to oficjalne/uznane źródło, więc lepiej mu zanadto nie ufać (tworzą go hobbyści, a nie profesjonaliści) i ogólnie nie jest lubiany wśród korektorów/redaktorów,
– powyżej zalinkowane zasoby Pani Korektor, a szczególnie POST Uli o słownikach właśnie 🙂

Czy Wy też macie czasem wrażenie, że coś jest nie tak w słowach, takich jak *poszłem, *wziąść, *naobkoło, *karnister, czy *ja rozumie, *ja umię?;) Często przecież zdarza się, że czujemy, że w jakimś wyrażeniu coś jest nie tak, ale nie do końca wiemy co. Często, na podstawie tego, jakim językiem ktoś się posługuje, oceniamy ludzi. Często same nie wiemy, czy forma, której chcemy użyć jest poprawna lub zwyczajnie nie jesteśmy świadome niepoprawności naszego języka. Aby uniknąć posądzenia nas o ignorancję lub brak kultury, poznajmy kilka bardzo powszechnych błędów językowych – ku przestrodze.

Gwiazdki, które znajdują się przed niektórymi wyrazami, znaczą, iż dany wyraz jest uznany za niepoprawny.
Jeśli chodzi o formę *poszłem, to ciągle pojawiają się plotki, że kiedyś będzie uznana, ale wg guru językoznawców na szczęście nadal nie jest to forma poprawna (a uznana może być tylko np. w mowie stylizowanej). Owe plotki mówiły, że Rada Języka Polskiego (instytucja analizująca nasz język i ustalająca w nim reguły poprawnościowe) zaczęła się skłaniać ku zaakceptowaniu tej formy czasownika iść, jednak obecnie nie ma w tym temacie niczego nowego. Chociaż…..może i rodzi się powolutku jakaś minirewolucja językowa? Słyszałam kiedyś np. o projekcie uznania niepisania tzw. znaków polskich – czyli diakrytyków [ą, ś, ó, ż…]). Byłoby na pewno łatwiej, ale czy to by nadal był NASZ język, tak wyjątkowy i wyróżniający się skomplikowaniem zasad ortograficznych? Nie mnie to oceniać… Ale ciekawy temat do przemyśleń, nieprawdaż? 😉

Wróćmy do poprawności języka na co dzień. W języku pisanym problemem, który często widzę, jest niewłaściwe stosowanie pisowni łącznej i rozdzielnej. Bo jaki ma sens to, że jest codzienny, ale już na co dzień albo naprawdę, ale na pewno? Łącznie piszemy też nie z przymiotnikami (nieładny), rzeczownikami (nieład) i imiesłowami przymiotnikowymi (niezrobiony, nieznający – choć mogą być pisane osobno, gdy mamy konkretny cel użycia ich w takiej formie…), a oddzielnie napiszemy nie oczywiście z czasownikami (nie idę), przysłówkami (nie pięknie), liczebnikami (nie ćwierć, nie dziesięć) i imiesłowami przysłówkowymi (nie znając, nie znalazłszy, nie oceniwszy). Pewnie trudno to wszystko spamiętać, ale trzeba… Nie wspomnę już o zasadach używania h i ch, rz i ż, czy u i ó. Niektórzy nawet znają te zasady;), ale tutaj chyba jedynym sposobem na poprawność jest po prostu oczytanie. 🙂

Innym błędem, z którym baaardzo często się spotykam jest używanie wyrażenia *w każdym bądź razie. Tak, to jest niepoprawne! I jest to bardzo częsty błąd, związany z łączeniem związków frazeologicznych. Bo jest wyrażenie bądź co bądź i w każdym razie, ale nie można ich ze sobą łączyć! Tak samo jak nie można dowolnie zmieniać treści „stałych” związków frazeologicznych i tworzyć np. *szóstego koła u wozu.

Bardzo często mam do czynienia z tak użytym liczebnikiem: Wydarzyło się to w *dwutysięcznym szesnastym roku. Tak, niestety to też jest niepoprawne. Bo powinno to brzmieć tak: (…) w dwa tysiące ósmym roku. W naszym języku odmieniamy tylko dwie ostatnie cyfry. Czyli będzie w dwudziestym piątym roku, z dwieście trzydziestym szóstym uczestnikiem, czy o pięćdziesiąt tysięcy czterysta siedemdziesiątym kawałku.
Drugi powszechny błąd występuje również w datach. Dziś jest szesnasty (dzień) listopadA, a nie szesnasty listopad (co, tak przy okazji, znaczy 16. listopad od dzisiaj, czyli listopad w roku 2032!). Proszę proszę PROSZĘ dodawajcie tę literkę na końcu miesiąca!

Gdy jesteśmy już przy liczebnikach, warto wspomnieć o liczebnikach zbiorowych, czyli takich, których używamy, gdy mówimy o:
– grupach istot niedorosłych (dzieci, kaczęta),
– rzeczownikach, występujących tylko w liczbie mnogiej, tzw. pluralia tantum (nożyczki, drzwi)
– lub gdy chcemy zaznaczyć, że np. w grupie osób byli ludzie obojga płci.
Poprawnie więc będzie powiedzieć dwoje kurcząt (albo dwa kurczaki [po warszawsku ;)]), czworga niemowląt (ale czterech niemowlaków), pięcioro spodni (choć częściej się używa formy pięć par spodni) i pięćdziesięcioro sześcioro taterników (a wśród nich np. czterdziestu mężczyzn i szesnaście kobiet).
Ponadto, gdy mówimy o powyższych, używamy słowa liczba, a nie ilość. Ilości się używa do rzeczy niepoliczalnych – np. ilość mąki, ilość miłości. Natomiast liczba ludzi czy liczba kwiatków.

Kolejnym, i bardzo rozległym, tematem są imiesłowy. Wspomniałam już o nich powyżej przy pisowni łącznej i rozdzielnej, ale na uwagę zasługuje również samo stosowanie imiesłowów w najprostszym rozumieniu. Bo czy poprawne jest powiedzenie *Idąc ulicą, zadzwoniła mi komórka.? Nie jest, bo pierwszą zasadą stosowania imiesłowów jest to, że w obu częściach zdania musi być ten sam podmiot. Powyższe zdanie znaczy zatem, że komórka szła ulicą, co jest raczej niemożliwe, prawda?;) Następny przykład: *Idąc przez most, usłyszałam krzyk. Podmiot niby ten sam – ja szłam, ja usłyszałam. Ale niestety, to też jest niepoprawne. Gdy używamy takiego jak tu imiesłowu, czyli przysłówkowego współczesnego (-ąc), obie części takiego równoważnika zdania muszą mieć ten sam czas trwania. Pokazujemy równoczesność czynności, a przejście przez most musiało mi zająć więcej czasu niż moment usłyszenia krzyku. Jedyną poprawną wersją będzie więc Gdy szłam przez most, usłyszałam krzyk. Z kolei imiesłów przysłówkowy uprzedni (-łszy, -wszy) pokazuje następstwo czynności, więc tu z kolei niepoprawne będzie np. zdanie *Zabiwszy złodzieja, zdecydowała się użyć pistoletu w morderstwie. Brzmi to oczywiście bezsensownie, ale pokazuje, że część z imiesłowem musi mieć miejsce (nie tylko ze względu na logikę;)) przed czynnością w drugiej części równoważnika.

A Wy jakie macie najczęściej wątpliwości związane z poprawnością językową? Co Wam sprawia największy problem? Gdzie szukacie pomocy, rozwiązań? Z jakimi jeszcze powszechnymi błędami językowymi macie do czynienia? Może jest jakiś temat, o którym chcielibyście tutaj przeczytać?
PISZCIE w komentarzach, bo naprawdę miło by mi było widzieć, że ktoś czyta te moje wypociny 😉