Stambulskie historie #1: Starszy pan

Od jakiegoś czasu zbieram takie minihistoryjki zobaczone lub zasłyszane w Stambule.

Pomyślałam, że się nimi z Wami podzielę, bo moim zdaniem pokazują ciekawe oblicza Turcji i Stambułu z troszkę innej strony.

W Stambule mieszkaliśmy w dość konserwatywnej dzielnicy, a nasz blok był na szczycie wzgórza. Lubiłam często wyglądać przez okno i patrzeć na to, co się dzieje na świecie (zwykle ograniczało się to do obserwowania osiedlowej watahy bezpańskich psów, bo właśnie niewielki tam panował ruch). Pewnego niezbyt pogodnego dnia zauważyłam starszego pana schodzącego ze wzgórza. Szedł on powolutku, co chwila robił sobie przystanki, a że nawet z laseczką ciężko jest iść po tak stromym wzgórzu, bacznie go obserwowałam, żeby mieć pewność, czy jest bezpieczny. Gdy w pobliżu przejechał samochód, starszy pan machał do niego. Na początku myślałam, że machał do znajomych, ale później machał również do innych samochodów. Trzecie auto z rzędu się jednak zatrzymało (na środku uliczki). Starszy pan „zbiegł” do niego, zagadał coś do kierowcy i wsiadł do tegoż samochodu. Okazało się, że chciał tylko podwózki w dół wzgórza i że najwyraźniej jest to dość popularna praktyka, bo kierowca samochodu nie wyglądał na zbyt zdziwionego.

To jest takie normalne, że zaczeka się na osobę starszą i poświęci te całe kilka minut i ociupinkę paliwa, żeby komuś pomóc bezpiecznie dotrzeć do celu. A Ty jak często się spotykasz z takim bezinteresownym zachowaniem wobec nieznajomych?

Czy Stambuł jest miejscem dla mnie – cz. 2

Niedawno opublikowałam pierwszą część listy, która pokazuje, jakim właściwie miastem jest Stambuł i dla kogo jest lub nie jest dobrym miejscem. Dzisiaj druga część listy – mam nadzieję, że pomoże przybliżyć Wam obraz tego pięknego miasta i podjąć decyzję, czy warto w nim zamieszkać.

Ostrzegam ponownie, są to bardzo subiektywne opinie i dotyczą głównie azjatyckiej strony miasta – na pewno nie wiem wszystkiego i nie upiększam rzeczywistości. 😉

no suga

Czy Stambuł jest miejscem…

…dla osób aktywnych politycznie?

Oj, lepiej nie.
Co jakiś czas słyszy się o problemach, jakie mieli imigranci, bo za głośno wyrażali swoje opinie polityczne. Poza tym, w związku z nagonką na FETÖ i ciągłymi aresztowaniami, szczególnie w jednostkach szkolnictwa wyższego, widzę, że coraz więcej obcokrajowców nie czuje się bezpiecznie. Zdarzały się sytuacje, że imigranci nie byli po wyjeździe np. na wakacje wpuszczani z powrotem do Turcji, bo pracowali w szkole, która w międzyczasie została uznana za współpracującą z FETÖ. Wiadomo, że obcokrajowiec pewnie nie politykował, a raczej zwyczajnie nie wiedział, w której drużynie gra jego szkoła, ale służby celne nie bardzo to interesuje. Nie słyszałam, żeby osoba niewpuszczona do Turcji później do niej jednak wróciła. Więc lepiej (bezpieczniej!) się orientować w sytuacji, ale siedzieć cicho…

…dla ludzi lubiących kontakt z naturą?

Nie bardzo.
Stambuł to wielkie miasto, prawie dwudziestomilionowy moloch. Na dodatek nadal się rozrasta i czasem mam wrażenie, że jest wielkim placem budowy (szczególnie w dzielnicy Pendik: budowa kolejnych stacji metra, przebudowa dróg szybkiego ruchu [Sahil Yolu], burzenie starych bloków i zastępowanie ich nowymi, odporniejszymi na trzęsienia ziemi). Niestety lasów jest niewiele (po azjatyckiej stronie tylko jeden taki z prawdziwego zdarzenia), parków zaledwie kilka (ale za to Göztepe park też ma tulipany :D), a z większych terenów zielonych to tylko Polonezköy, które jest, jak już pisałam w poprzednim poście, dość daleko. Oczywiście można też pojechać na wyspy (Adalar) lub na tereny podmiejskie, ale to za każdym razem kilkugodzinna wyprawa.

…dla ludzi z problemami skórnymi/z zatokami/z alergiami?

Nie.
W moim drugim poście z Turcji pisałam, że poprawił mi się stan skóry, ale niestety to było tylko chwilowe. I wszyscy to zauważają u siebie, niezależnie od narodowości, konkretnego miejsca zamieszkania, czy jakichkolwiek innych czynników. Alergie też się wszystkim nasilają, bo ta śliczna, romantyczna mgła nad miastem/nad Bosforem to tak naprawdę żółty smog, który (niespodzianka!) nie pomaga skórze czy płucom. Co do zatok, to tak, zapewne domyślacie się, że również tutejszy klimat (wilgoć i wiatr), smog i wszechobecna klimatyzacja nie działają na zatoki dobrze. Ja nie miałam nigdy problemów z zatokami, a teraz wręcz przewiduję pogodę poziomie zapchania nosa i bólu głowy. Każdy znajomy ma zawsze przy sobie super środki na zatoki i wielu ludzi również używa sprejów (z kortyzolem, a co tam!). No nie jest wesoło… 😦

…dla ludzi bez samochodu?

Nie bardzo.
Oczywiście DA SIĘ żyć bez auta, my tak sobie radzimy na co dzień. Stambuł ma moim zdaniem bardzo dobrze zorganizowaną komunikację miejską, ale jako że odległości są spore, to takie spędzanie 2-3 godzin dziennie na dojazdach do pracy (w jedną stronę!) baaardzo męczy po jakimś czasie. Standardem jest praca do 18, czyli wraca się do domu po 20 i wiadomo że nie bardzo ma się wtedy siłę na cokolwiek. Kolacja, paciorek i spać… Wiem jednak, że ludzie mający auto zupełnie inaczej odbierają miasto – lepiej je poznają, mają więcej czasu dla siebie i…ogólnie są szczęśliwsi. Czyli: można sobie spokojnie poradzić bez samochodu, ale na dłuższą metę nie bardzo to ma sens.

…dla ludzi nieznających języków?

Tak.
Wiem, że niektórych może zaskoczy ta odpowiedź, ale tak naprawdę nie trzeba znać angielskiego, niemieckiego, czy nawet tureckiego, bo…i tak się nie dogadamy haha! Po stronie azjatyckiej (poza Kadıköy) zdarzyło mi się usłyszeć angielski 2 (słownie: dwa) razy (poza moim znajomymi oczywiście). Co do tureckiego, to staram się go używać wszędzie (ha! Nie mam wyboru!), ale zazwyczaj ludzie i tak nie rozumieją, a że nie mają za dużo do czynienia z obcokrajowcami, to zwyczajnie nie wiedzą, jak można sobie poradzić inaczej (np. mową ciała) – tak, jest to lekko demotywujące, gdy naprawdę macie chęć nauczenia się języka… Czyli: trzeba się przygotować na to, że zawsze i wszędzie będziemy tymi obcymi (yabancı) i to, czy znamy języki (i/lub ile ich znamy) niewiele nam pomoże (no chyba że ktoś już mówi bieeegle po turecku).

…dla „gramatycznych nazistów”?

Nie.
Po pierwsze: Turcy nie bardzo zwracają uwagę na poprawność gramatyczną (lub interpunkcyjną lub jakąkolwiek inną) w jakimkolwiek języku, więc też np. co do zasady nie są zbyt dobrymi nauczycielami języków (no cóż, taki system edukacji najwyraźniej). Do szewskiej pasji doprowadza mnie ich nieużywanie wielkich liter (i pisanie do mnie „anna”) i znaków interpunkcyjnych (jakichkolwiek).
Po drugie: nie zdawałam sobie z tego wcześniej sprawy, ale akcent turecki bardzo „przesiąka” na inne języki. Wydaje mi się, że teraz już jestem w stanie poznać Turka gdziekolwiek na świecie – po ich charakterystycznej wymowie „r” i kilku cechach gramatycznych, które jakoś tak łatwo im przechodzą na inne języki (ale o tym może napiszę osobnego posta). Zauważyłam nawet, że sama mówię teraz inaczej zarówno po polsku, jak i po angielsku. Aaaa mam nadzieję, że to można wyleczyć! 😉

…przyjaznym obcokrajowcom?

To zależy.
Jak pisałam wyżej, można mieć problemy z porozumieniem się z ludźmi. Ale z drugiej strony, Turcy generalnie są mili i uczynni, więc nawet, jak nie będą rozumieli, co się do nich mówi, to i tak będą starali się pomóc, jak się da 😉 Poza Kadıköy nie spodziewałabym się informacji, menu, instrukcji itp. po angielsku. Co do komunikacji miejskiej i oznaczeń hmm drogowych, to wszystko jest zrozumiałe. „Dur” na czerwonym znaku to „stop”, ale tego chyba można się domyślić i hmm to chyba jedyna znacząca różnica w oznaczeniach, która mi przychodzi do głowy.

…do zamieszkania na…zawsze?

Wiele Polek, które tu poznałam znalazło w Stambule swoje miejsce. Mają tutaj rodziny, domy, ułożone życie i większość nie myśli o wyjeździe. Czyli: da się.
Ale tu dochodzimy do sedna sprawy. To, że Stambuł jest piękny, zapierający dech w piersiach i niezapomniany, to nie ulega wątpliwości. Bardzo polecam każdemu odwiedzenie dawnego Konstantynopola, bo naprawdę warto. Ale sęk w tym, że on jest piękny za pierwszym razem, jak nie dostrzegamy tego brudu, stresu i ułudy dookoła. Zapiera dech w piersiach, bo jest zwyczajnie inny i dla niektórych może egzotyczny, ale po jakimś czasie zaczyna dosłownie zapierać dech z powodu smogu…
A czy jest niezapomniany? Na pewno. Ja nigdy go nie zapomnę, nie będę żałowała tych 20 miesięcy spędzonych tutaj i mam nadzieję, że będę tu czasem wracać – po to, żeby właśnie spojrzeć na niego z innej perspektywy, nie tej, która stała się nudną i szarą rzeczywistością mojego prywatnego więzienia.

Wiadomo, każdy ma inne wymagania/oczekiwania/potrzeby i moje w większości nie zostały zaspokojone. Ale swoją przygodę przeżyłam i myślę, że wiele się nauczyłam.
Ja byłam rozczarowana mieszkaniem tutaj, ale nadal będę wszystkim polecała przekonanie się na własnej skórze, bo kto wie, co „Istanbul, not Constantinopole” ma w zanadrzu dla Ciebie? Na pewno dużo niespodzianek 😀

A tutaj kilka wiosennych ujęć natury – na zachętę 😉

spring

Czy Stambuł jest miejscem dla mnie – cz. 1

Tak, wiem, dawno nie pisałam. Przepraszam, jest mi wstyd, obiecuję (i Wam, i sobie) poprawę. Ja naprawdę mam dużo pomysłów (sprawy prywatne, migracyjne, tureckie, polskie, kanadyjskie [nowość – yeah!]… achhh..), ale jakoś tak ciągle nie mogę się zabrać do spisania tego wszystkiego, co mam w głowie (i setkach notatek)…

Dzięki rozmowom z Rodzinką zaczęłam się zastanawiać, jak to jest, że jakieś miejsce, choćby najbardziej zapierające dech w piersiach, może okazać się tak obrzydliwe, gdy się w nim zamieszka. I też jak to możliwe, że to samo miejsce może być tak różnie odbierane przez różnych ludzi, którzy teoretycznie mają podobny punkt widzenia – również w nim mieszkają, też są imigrantami, może nawet też nie za bardzo znają lokalny język.

Mowa oczywiście o Stambule*, moim mieście już od półtora roku. Chociaż czy faktycznie jest takie moje…?

*Pamiętamy, że forma Stambuł jest jedyną poprawną, tak? (NIE Istanbul gdy mówimy po polsku i NIE Istambuł).

Wiadomo, inaczej odbiera się Miasto miast, gdy się w nim jest turystycznie – tylko przejazdem, a inaczej, gdy się w nim mieszka na co dzień. Również zupełnie inną perspektywę będzie się miało w zależności od tego, czy pracujemy, czy mamy lokalnych znajomych oraz…czy mamy samochód (nie żartuję).

Przygotowałam małą listę, która pokaże Wam różne oblicza Stambułu „od wewnątrz” i może pomoże ludziom zastanawiającym się nad przeprowadzką do tego miasta w podjęciu decyzji.

UWAGA: należy wziąć pod uwagę, że mieszkam po azjatyckiej stronie miasta, więc poniższe informacje odnoszą się głównie do tych „mniej ekspackich/imigranckich” rejonów. Równie ważne jest to, że opinie są głównie moje lub wynikające z obserwacji fejsbukowej grupy imigrantek w Stambule (ponad 6 tys. członkiń) – czasem mogą być nieobiektywne 😉

Czy Stambuł jest miejscem….

…dla rodzin?

Tak, jak najbardziej.
Turcy są bardzo rodzinni i uwielbiają dzieci.
Centra handlowe pękają w szwach w weekendy, bo gdzież indziej by można iść całą rodziną, jeśli nie na zakupy i do fast foodu na lunch i/lub kolację. A, i ewentualnie kino i sala gier.
Restauracje: kąciki zabaw dla dzieci nie są zbyt popularne, ale (niestety hahah) normalne jest, że dzieci siedzą z rodzicami przy stole (i się drą niemiłosiernie ;p).
Sporty: nie praktykuje się.
Wyjazdy na łono natury: można jechać np. do Polonezköy (ode mnie to jakieś 3 godziny jazdy samochodem) albo nad jezioro Sapanca (2 godziny pociągiem) lub na stambulskie wybrzeże (tak, 2 metry od drogi szybkiego ruchu) i ewentualnie na wyspy (promem na którąś z Adalar). Ogólnie niewiele możliwości. Nie ma za bardzo (dużych) parków, lasów itp. Do grillowania służy za to każdy skrawek trawy na wybrzeżu.

…dla singli?

Tak.
Kobietom szybko się odechce kontaktów z płcią przeciwną hihi (od tych setek zaproszeń do znajomych na FB i wiadomości typu „Hi, how are you?” albo równie błyskotliwych „Hi, wanna meet?”). Ogólnie, o dziwo, dość ciężko jest znaleźć faceta „na poważnie”, ale jeśli ktoś po prostu chce poznać ludzi, to nie ma nic prostszego – co chwila gdzieś odbywają się jakieś spotkania (np. CouchSurfing, InterNations), a można też pobawić się Tinderem.
Doszły mnie słuchy, że z kolei facetom dość ciężko kogoś poznać, bo właśnie większość jest nauczona doświadczeniem, że ciągle ktoś do niej pisze i ciągle ktoś podrywa i w ogóle to „dajcie mi już święty spokój”, więc trochę ciężko się przez to przebić.
Ale, ogólnie rzecz biorąc, możliwości spotkań są – i to zarówno w Europie, jak i Azji.

…dla studentów?

Hmm jeśli zawsze marzyłeś o nauce nowego języka, to jak najbardziej 😉
Ok, tak naprawdę, to w Stambule jest kilka bardzo dobrych uczelni i widzę, że jest tu wielu studentów z Europy, który przyjeżdżają na Erasmusie albo nawet na cały tok studiów. Na tych najlepszych uczelniach (Sabancı Uni, Istanbul Uni, Boğaziçi Uni, Istanbul Technical University i Koç Uni) mamy szansę studiować całkiem po angielsku, chooociaż słyszałam, że na niektórych kierunkach trzeba czasem twardo się dopraszać, żeby wykładowcy nie mówili z wygody po turecku. Ale, jak to w Turcji, wszystko da się załatwić 😉 Na pozostałych uczelniach może być ciężej z angielskim.
Fajną opcją jest Türkiye Bursları, które daje możliwość młodym ludziom aplikowania na ciekawe programy stypendialne.
Co do studenckiego życia, to po stronie europejskiej na pewno jest gdzie chodzić, gdzie się uczyć, gdzie poznawać ludzi. Po stronie azjatyckiej liczcie się z dojazdami do Kadıköy, bo to głównie tam się toczy rozrywkowe życie. A, i sprawdźcie na mapie, gdzie jest Wasza uczelnia (np. Sabancı jest baaardzo daleko od cywilizacji, więc trzeba się liczyć z uzależnieniem od uczelnianych busów).

…dla miłośników zwierząt?

Ciężko powiedzieć. Trzeba wziąć pod uwagę, że jednak wiele osób czerpie (błędną?) wiedzę z hadis, które mówią, że koty są fajne, a psy brudne i złe. Ponoć niedokładnie tak było w hadisach, ale taka wiara pokutuje. Dlatego też z reguły ludzie nie mają psów w domach (Serio! Jak po kilku miesiącach zobaczyłam kogoś z psem na smyczy, to byłam w szoku, bo zapomniałam już, jaki to widok) i też niektóre dzieciaki nie traktują ich zbyt dobrze. Ale z drugiej też strony jest wystarczająco dużo ludzi, którzy opiekują się bezpańskimi psami – przynoszą im regularnie jedzenie i wodę, stawiają domki na zimę, wpuszczają do lokali handlowych na czas mrozów… I to jest piękne, bo szczerze mówiąc, nie widziałam za dużo takiej opieki nad nieswoimi zwierzakami w Polsce.
Co do kotów, to czasem mam wrażenie, że to jest jakaś zaraza. Wszyscy kochają koty, wszyscy się zachwycają tymi bezpańskimi i większość ludzi ma co najmniej jednego kociaka w domu. Czasem aż mi głupio, że…no… jak tak nie za bardzo je uwielbiam 😉
Co do innych zwierzaków, to w sklepach zoologicznych niby widać króliczki (tititi <3) i ptaki, ale jakoś nie znam nikogo, kto by je miał.

…dla właścicieli zwierząt?

Trochę odpowiedzi już jest powyżej – jeśli chodzi o stosunek ludzi do zwierzaków.
Z tego, co wiem, Turcja nie ma jakichś super rygorystycznych regulacji dotyczących transportu zwierząt, ale zawsze i tak warto sprawdzić aktualne informacje przed wyjazdem (na stronach linii lotniczych, np. LOT lub Turkish Airlines oraz np. na Pet Travel czy YellAli Jeśli mowa o mieszkaniu z psem w Stambule, to widzę tu dwa możliwe problemy: wielu właścicieli mieszkań nie zezwala na trzymanie w nim psa (bo: patrz punkt wyżej) oraz czasem może nie być zbyt bezpiecznie wychodzić z nim na spacery (bo: prawie każde osiedle ma swoją „watahę” psów i one niekoniecznie mogą być przyjaźnie nastawione wobec nowego psa „na dzielnicy”). Z kotem jest łatwo, bo każdy je uwielbia (trzeba tylko mieć na uwadze zalotników, których zapewne będzie wielu dookoła) 😉

…dla rowerzystów/rolkarzy/wrotkarzy/joggerów?

Dla okazjonalnych sportowców – tak. Dla profesjonalistów – nie.
Biegacze mają gdzie biegać – z tym jest ok.
Wrotkarze/rolkarze mogą próbować po chodnikach lub trasach rowerowych. Nie słyszałam o jakimkolwiek torze wrotkowym/rolkowym w Stambule.
I ok, jest kilka tras rowerowych wzdłuż wybrzeża i tam można sobie długo (przez prawie całą długość tegoż wybrzeża), fajnie (dzięki widokom), choć niekoniecznie spokojnie (z powodu setek ludzi, którzy nie zauważają, że to trasa rowerowa i co chwila wchodzą pod koła) pojeździć, ale nie zawsze chce nam się dojeżdżać te 30-45 minut do wybrzeża i tachać ze sobą rower. Ok, można wypożyczyć rower. Co kilka kilometrów są stojaki, ale szczerze mówiąc, nie wiem, jak to działa i ile kosztuje (choć słyszałam, że nie za dużo).
Poza trasami rowerowymi stanowczo odradza się jeżdżenie na czymkolwiek. Nawet znajomy Turek, wielki fan kolarstwa, kiedyś stwierdził: nawet o tym nie myśl, jeśli nie jesteś Turkiem (żeby odpowiednio bluzgać na kierowców aut, które ciągle będą chciały cię przejechać) i twardzielem (żeby się nie zgubić i przeżyć bliższe spotkania z szalonymi autami).

…dla miłośników fitnessu/basenu/ogólnie sportu?

I tak, i nie.
Niby są jakieś centra fitnesowe, ale takie większe przyjmują tylko płatności turecką kartą kredytową (której imigranci nie mają raczej szansy dostać), a mniejszych jest niewiele. Każda dzielnica ma za to dzielnicowe centra sportowe i to jest super rozwiązanie. Jedyne, co trzeba zrobić, to znaleźć takie centrum sportowe, zarejestrować się, zrobić badania lekarskie (ok. 10 TL) i zapłacić za miesiąc z góry (ok. 55 TL). Do wyboru w naszym (a to nie jest jakieś popularne/duże miejsce) była piłka nożna, siłownia, tenis, aerobik, kick-boxing i pilates. Ale ten wybór będzie różny w zależności od dzielnicy.
Basen to niestety moim zdaniem taka mała hańba Turcji (a może tylko Stambułu). Otóż Turcja, jak wiecie, ma cztery morza, a jednak niewielu Turków, których znam umie dobrze pływać. Na pewno inaczej to wygląda w miejscowościach nadmorskich, ale tutaj serio niewiele osób miało wystarczającą styczność z wodą. Bo właśnie nie ma takiej kultury basenowej, jaką znam z Polski. W weekend rodziny czy znajomi prawie nigdy nie idą na basen (ja w sumie nadal nie wiem, gdzie tu jest jakikolwiek basen w okolicy), tylko zawsze do centrów handlowych – bleee.

…dla miłośników futbolu/siatkówki/koszykówki?

I tak i nie.
Piłka nożna to turecki sport narodowy. Nie da się mieszkać w Turcji i nie być fanem (a właściwie, w przypadku lokalsów, fanatykiem) jakiejś drużyny piłkarskiej (zwykle Beşiktaş, Galatasaray lub Fenerbahçe). Myślę, że z tego też powodu jest tak wiele centrów sportowych (o których mowa powyżej). Boiska do futbolu też widać na każdym kroku. Plus dzieciaki grają w nogę wszędzie, gdzie jest skrawek trawy.
Siatkówka i koszykówka to inna sprawa. Siatkówka nie jest zbyt popularna, mimo że kobieca drużyna Turcji odnosi(ła?) sporo sukcesów. Nikt się nią nie interesuje. Koszykówką niektórzy się interesują, ale i tak nie jest tak popularna, jak powinna. A powinna, bo koszykarska drużyna Beşiktaş jest bardzo dobra i odnosi wiele sukcesów już od dobrych kilku lat. Moja koleżanka pisała pracę o marketingu tureckiego sportu drużynowego. I niestety, poza futbolem on tak raczej nie istnieje…

…dla miłośników sportów mniej popularnych (futbol amerykański, rugby, hokej na lodzie…)?

Nie. Nie spotkaliśmy się z jakimkolwiek centrum sportowym, w którym można by je trenować. Chociaż raz byliśmy zszokowani, jak zobaczyliśmy, że dzieciaki grały w rugby na boisku meczetu koło nas (i to całkiem profesjonalnie, z koszulkami i w ogóle!). To było bardzo dziwne zjawisko 😉

…dla artystów?

Raczej tak. Nie trzeba chyba przypominać, że Stambuł to piękne historyczne miasto, więc na każdym kroku się znajdzie perełki architektoniczne, jak również wiele muzeów, wystaw, eventów…
Bazary w okolicach Eminönü słyną z tego, że mają wszystko, czego można zapragnąć (farby, pędzle, materiały, nici, koraliki…) i w ogóle strona europejska ma wiele do zaoferowania, jeśli chodzi o doznania artystyczne. Jeśli chodzi o stronę azjatycką, to również w Kadıköy można znaleźć wiele ciekawych sklepów (sklepy artystyczne, z artykułami szkolnymi, hobbistyczne), a nawet taki niby konserwatywny Pendik ma całkiem fajny sklep Kaplan z wszelkimi nićmi, materiałami, wstążkami, cekinami, wszywkami, a nawet maszynami do szycia.

…dla bibliofilów?

Jeśli czytasz po angielsku, to tak.
Wiele imigrantek poleca Book Depository (ponoć dostawa [darmowa!] może troszkę zająć, ale wszystko jest ok). Potwierdzone też, że Amazon UK dostarcza do Turcji.
W całym Stambule jest kilka księgarni: Greenhouse, D&R i Remzi Kitapevi.
Po stronie europejskiej: Pandora koło Istiklal Caddesi, Galeri Kayseri na Sultanahmet.
Po stronie azjatyckiej: pasaż (Akmar w Kadıköy, koło księgarni Nezih) i jeden zespół księgarenek z używanymi książkami (w górę od byka w Kadıköy, wejście koło sklepu z dużymi ubraniami).
Książki polskie można dostać hmm albo dostawą z Empiku albo dzięki kontaktom z Polakami (warto dołączyć do polskich grup na FB, żeby wiedzieć, kiedy i gdzie odbywają się polskie spotkania).
Ogólnie, jak to na emigracji, wiele osób przekonuje się do ebooków, więc warto przed wyjazdem z Polski rozważyć zakup czytnika ebooków (np. Kindle’a <3).  Elektronika w Turcji jest droższa niż w Polsce, jakby coś.

Ups, troszkę długa wyszła ta lista, ale…to jeszcze nie koniec! Już niedługo jej druga część, która pomoże jeszcze lepiej zrozumieć, jakim właściwie miejscem jest Stambuł i podjąć decyzję: czy to właściwie jest miasto dla mnie?

A tu taki mały pozytyw mieszkania w Stambule – takie piękne dni w marcu 😀

Klub Polki na Obczyźnie

Hej, chciałam tylko się pochwalić, że zostałam (ok, w drodze wyjątku) przyjęta do Klubu Polki na Obczyźnie!

Strasznie się cieszę! A wiecie, dlaczego? Bo to bardzo aktywna grupa kobiet, która ma na celu wspomaganie dziewczyn za granicą, popularyzowanie kultur, w których emigrantki mieszkają, ale też…motywowanie do działalności społecznej i twórczej! Ok, to ostatnie może nie jest głównym/bezpośrednim celem, ale dla mnie to właśnie w dużej mierze wpłynęło na decyzję o chęci wstąpienia do Klubu. Już widzę przyszłe spotkania tu w Turcji, w dalszej przyszłości w Kanadzie i dużo dużo treści, które mam nadzieję tworzyć! Juhuu!

Tutaj jest LINK do strony, bardzo polecam poczytanie, czym się dziewczyny zajmują (a właśc. teraz już czym się zajmujeMY), a jeśli sama mieszkasz poza Polską (min. rok), zgadzasz się z ideami Klubu i masz bloga, to może pomyśl też o dołączeniu (ale to dopiero jakoś od lutego 2017 chyba).

PS. Jestem też mega dumna, że udało mi się ogarnąć, jak dodać logo Klubu do menu po prawej. Hej, nadal się uczę! 😉

logoklub

Poprawna polszczyzna – nasze ulubione błędy

Cześć! Niektórzy z Was może wiedzą, że mam małego świrka na punkcie gramatyki i ortografii języka polskiego (ok, nie tylko polskiego). Jakiś czas temu (to już 5 lat temu!) napisał mi się TEKST o błędach, z którymi wtedy miałam najczęściej do czynienia i teraz postanowiłam wrócić do podobnej tematyki. Na początek wrzucę tutaj treść tamtego posta, a w przyszłości planuję napisać więcej takich – i o języku polskim i o angielskim. Co sądzicie?

Z polskim będzie o tyle trudniej, że Pani Korektor (której BLOGA, fanpage‚a i grupę uwielbiam) pisze na ten temat i co jakiś czas pojawiają tam się błędy/rozmyślania, które ja już miałam zaplanowane. No ale cóż, może coś tam jeszcze zdążę 😉

[poniżej oryginalny tekst, z kilkoma poprawkami/aktualizacjami]

Pewna koleżanka skarżyła się ostatnio, że jej mąż nie umie się nauczyć poprawnie mówić pięć złotych i ciągle ucina owo –ch. Inna koleżanka z kolei bardzo jest wrażliwa na mówienie przez ludzi *wziąść, czy kartofle zamiast ziemniaki. To ostatnie oczywiście nie jest błędem, tylko regionalizmem, ale obie te sytuacje dały mi do myślenia. Czyż nie jest tak, że często  zwracamy uwagę na to, jak ludzie się wyrażają i na tej podstawie ich oceniamy? Jakoś dla mnie elegancka i kulturalna kobieta MUSI się wyrażać poprawnie, tak jak i mężczyzna, z którym mam mieć dalszy kontakt (a nie tylko jednorazowy hihi). Nie sądzicie?

Od dziecka bardzo interesowałam się poprawną polszczyzną i dużo czytałam na ten temat, więc mam nadzieję, że moje obserwacje będą dla Was inspiracją i dadzą do myślenia. Zachęcam do czytania na temat poprawności językowej (Słowniki! Książki i porady prof. J. Bralczyka, prof. J. Miodka, prof. A. Markowskiego…) i popularyzowania jej stosowania:)

W razie wątpliwości językowych zachęcam do sprawdzenia oczywiście papierowych słowników, ale jak ktoś [jeszcze] żadnego nie ma albo potrzebuje coś pilnie sprawdzić, będąc w autobusie, to polecam:
słownik języka polskiego PWN – tu się fajnie i szybko sprawdza, czy dane słowo istnieje, jak je poprawnie zapisać oraz jak je odmieniać,
słownik gramatyczny języka polskiego – tu mamy pełną odmianę większości wyrazów (ale niestety brakuje w nim niektórych słów),
poradnia językowa PWN – dobre źródło przy poważniejszych „rozkminkach” językowych (na różne tematy wypowiadają się profesjonaliści),
słownik języka polskiego – tutaj łatwo i szybko można sprawdzić, czy dane słowo istnieje, ale UWAGA: nie jest to oficjalne/uznane źródło, więc lepiej mu zanadto nie ufać (tworzą go hobbyści, a nie profesjonaliści) i ogólnie nie jest lubiany wśród korektorów/redaktorów,
– powyżej zalinkowane zasoby Pani Korektor, a szczególnie POST Uli o słownikach właśnie 🙂

Czy Wy też macie czasem wrażenie, że coś jest nie tak w słowach, takich jak *poszłem, *wziąść, *naobkoło, *karnister, czy *ja rozumie, *ja umię?;) Często przecież zdarza się, że czujemy, że w jakimś wyrażeniu coś jest nie tak, ale nie do końca wiemy co. Często, na podstawie tego, jakim językiem ktoś się posługuje, oceniamy ludzi. Często same nie wiemy, czy forma, której chcemy użyć jest poprawna lub zwyczajnie nie jesteśmy świadome niepoprawności naszego języka. Aby uniknąć posądzenia nas o ignorancję lub brak kultury, poznajmy kilka bardzo powszechnych błędów językowych – ku przestrodze.

Gwiazdki, które znajdują się przed niektórymi wyrazami, znaczą, iż dany wyraz jest uznany za niepoprawny.
Jeśli chodzi o formę *poszłem, to ciągle pojawiają się plotki, że kiedyś będzie uznana, ale wg guru językoznawców na szczęście nadal nie jest to forma poprawna (a uznana może być tylko np. w mowie stylizowanej). Owe plotki mówiły, że Rada Języka Polskiego (instytucja analizująca nasz język i ustalająca w nim reguły poprawnościowe) zaczęła się skłaniać ku zaakceptowaniu tej formy czasownika iść, jednak obecnie nie ma w tym temacie niczego nowego. Chociaż…..może i rodzi się powolutku jakaś minirewolucja językowa? Słyszałam kiedyś np. o projekcie uznania niepisania tzw. znaków polskich – czyli diakrytyków [ą, ś, ó, ż…]). Byłoby na pewno łatwiej, ale czy to by nadal był NASZ język, tak wyjątkowy i wyróżniający się skomplikowaniem zasad ortograficznych? Nie mnie to oceniać… Ale ciekawy temat do przemyśleń, nieprawdaż? 😉

Wróćmy do poprawności języka na co dzień. W języku pisanym problemem, który często widzę, jest niewłaściwe stosowanie pisowni łącznej i rozdzielnej. Bo jaki ma sens to, że jest codzienny, ale już na co dzień albo naprawdę, ale na pewno? Łącznie piszemy też nie z przymiotnikami (nieładny), rzeczownikami (nieład) i imiesłowami przymiotnikowymi (niezrobiony, nieznający – choć mogą być pisane osobno, gdy mamy konkretny cel użycia ich w takiej formie…), a oddzielnie napiszemy nie oczywiście z czasownikami (nie idę), przysłówkami (nie pięknie), liczebnikami (nie ćwierć, nie dziesięć) i imiesłowami przysłówkowymi (nie znając, nie znalazłszy, nie oceniwszy). Pewnie trudno to wszystko spamiętać, ale trzeba… Nie wspomnę już o zasadach używania h i ch, rz i ż, czy u i ó. Niektórzy nawet znają te zasady;), ale tutaj chyba jedynym sposobem na poprawność jest po prostu oczytanie. 🙂

Innym błędem, z którym baaardzo często się spotykam jest używanie wyrażenia *w każdym bądź razie. Tak, to jest niepoprawne! I jest to bardzo częsty błąd, związany z łączeniem związków frazeologicznych. Bo jest wyrażenie bądź co bądź i w każdym razie, ale nie można ich ze sobą łączyć! Tak samo jak nie można dowolnie zmieniać treści „stałych” związków frazeologicznych i tworzyć np. *szóstego koła u wozu.

Bardzo często mam do czynienia z tak użytym liczebnikiem: Wydarzyło się to w *dwutysięcznym szesnastym roku. Tak, niestety to też jest niepoprawne. Bo powinno to brzmieć tak: (…) w dwa tysiące ósmym roku. W naszym języku odmieniamy tylko dwie ostatnie cyfry. Czyli będzie w dwudziestym piątym roku, z dwieście trzydziestym szóstym uczestnikiem, czy o pięćdziesiąt tysięcy czterysta siedemdziesiątym kawałku.
Drugi powszechny błąd występuje również w datach. Dziś jest szesnasty (dzień) listopadA, a nie szesnasty listopad (co, tak przy okazji, znaczy 16. listopad od dzisiaj, czyli listopad w roku 2032!). Proszę proszę PROSZĘ dodawajcie tę literkę na końcu miesiąca!

Gdy jesteśmy już przy liczebnikach, warto wspomnieć o liczebnikach zbiorowych, czyli takich, których używamy, gdy mówimy o:
– grupach istot niedorosłych (dzieci, kaczęta),
– rzeczownikach, występujących tylko w liczbie mnogiej, tzw. pluralia tantum (nożyczki, drzwi)
– lub gdy chcemy zaznaczyć, że np. w grupie osób byli ludzie obojga płci.
Poprawnie więc będzie powiedzieć dwoje kurcząt (albo dwa kurczaki [po warszawsku ;)]), czworga niemowląt (ale czterech niemowlaków), pięcioro spodni (choć częściej się używa formy pięć par spodni) i pięćdziesięcioro sześcioro taterników (a wśród nich np. czterdziestu mężczyzn i szesnaście kobiet).
Ponadto, gdy mówimy o powyższych, używamy słowa liczba, a nie ilość. Ilości się używa do rzeczy niepoliczalnych – np. ilość mąki, ilość miłości. Natomiast liczba ludzi czy liczba kwiatków.

Kolejnym, i bardzo rozległym, tematem są imiesłowy. Wspomniałam już o nich powyżej przy pisowni łącznej i rozdzielnej, ale na uwagę zasługuje również samo stosowanie imiesłowów w najprostszym rozumieniu. Bo czy poprawne jest powiedzenie *Idąc ulicą, zadzwoniła mi komórka.? Nie jest, bo pierwszą zasadą stosowania imiesłowów jest to, że w obu częściach zdania musi być ten sam podmiot. Powyższe zdanie znaczy zatem, że komórka szła ulicą, co jest raczej niemożliwe, prawda?;) Następny przykład: *Idąc przez most, usłyszałam krzyk. Podmiot niby ten sam – ja szłam, ja usłyszałam. Ale niestety, to też jest niepoprawne. Gdy używamy takiego jak tu imiesłowu, czyli przysłówkowego współczesnego (-ąc), obie części takiego równoważnika zdania muszą mieć ten sam czas trwania. Pokazujemy równoczesność czynności, a przejście przez most musiało mi zająć więcej czasu niż moment usłyszenia krzyku. Jedyną poprawną wersją będzie więc Gdy szłam przez most, usłyszałam krzyk. Z kolei imiesłów przysłówkowy uprzedni (-łszy, -wszy) pokazuje następstwo czynności, więc tu z kolei niepoprawne będzie np. zdanie *Zabiwszy złodzieja, zdecydowała się użyć pistoletu w morderstwie. Brzmi to oczywiście bezsensownie, ale pokazuje, że część z imiesłowem musi mieć miejsce (nie tylko ze względu na logikę;)) przed czynnością w drugiej części równoważnika.

A Wy jakie macie najczęściej wątpliwości związane z poprawnością językową? Co Wam sprawia największy problem? Gdzie szukacie pomocy, rozwiązań? Z jakimi jeszcze powszechnymi błędami językowymi macie do czynienia? Może jest jakiś temat, o którym chcielibyście tutaj przeczytać?
PISZCIE w komentarzach, bo naprawdę miło by mi było widzieć, że ktoś czyta te moje wypociny 😉

FAQ o Turcji

Często spotykałam się z pytaniami o to, jak niektóre rzeczy wyglądają w Turcji. Część mitów rozwiałam już w tym poście, ale nadal pozostaje kilka spraw do omówienia (i to pewnie jeszcze w niejednym poście hihi). Dla odmiany, kwestie są przedstawione w formie FAQ (frequently asked questions), czyli często zadawanych przez Was pytań wraz z moimi odpowiedziami. Mam nadzieję, że tak jest przejrzyście i że Wam się podoba 🙂

Od razu zastrzegam, że moje opinie zamieszczone poniżej dotyczą tego, co widzę w Stambule, a opinie Turków – to też tylko ludzi, których znam tutaj, w Stambule. Niektóre rzeczy więc należy traktować poglądowo i brać pod uwagę, że mogą nie być reprezentatywne dla całego kraju. Tak samo, jak jestem świadoma, że moje czy moich znajomych opinie o Polsce i Polakach nie są reprezentatywne dla całego kraju nad Wisłą, bo to wyłącznie warszawiacy.

  1. Boisz się teraz mieszkać w Stambule albo w ogóle w Turcji? Przecież widzimy ciągle doniesienia o bombach, eksplozjach, teraz jeszcze pucz…

Byłabym głupia, gdybym nie widziała niebezpieczeństwa, ale fakt faktem, że tak samo może mnie coś spotkać tutaj, jak i w Brukseli, Paryżu czy Monachium. Ok, w Stambule było w sumie ciut więcej eksplozji niż w tych miastach, ale też nie mieszkamy po europejskiej, bardziej „popularnej” stronie, więc tutaj, w naszej nijakiej dzielnicy, jest względnie bezpiecznie. Jeśli mowa zaś o atmosferze wśród ludzi albo, dokładniej, obcokrajowców, to panika owszem jest. Za każdym razem, jak ktoś usłyszy coś głośniejszego (a może to być zwykłe strzelanie w niebo na weselu albo przy celebrowaniu czyjegoś pójścia do wojska, co jest dość powszechne), od razu pojawiają się spanikowane pytania na forach. Wiem też, że spora część obcokrajowców (Turków zresztą też) już wyjechała lub planuje wyjechać z Turcji właśnie z powodu tego bombowego/terrorystycznego stresu – co szczególnie się nasiliło po próbie puczu, wiadomo.

  1. Co Turcy sądzą o planie zniesienia dla nich wiz do strefy Schengen?

Większość moich znajomych akurat patrzy na to z przymrużeniem oka. O zniesieniu wiz dla Turków już była mowa wielokrotnie w ciągu ostatnich kilku lat i jakoś nic się nadal nie zmieniło, więc: pożyjemy, zobaczymy. Jak faktycznie zniosą wizy, to oczywiście wiele osób od razu wyjedzie „za chlebem”, ale, o dziwo, wielu ludzi nawet o tym nie myśli. Jest im w miarę dobrze tutaj i/lub nie znają języków i/lub nie chcą zostawiać rodziny i znajomych, więc po co wyjeżdżać. Trochę mnie to zdziwiło, szczerze mówiąc, bo każdy przecież myśli, że tylko czekają na okazję, żeby emigrować, ale widać są jeszcze ludzie, dla których liczą się inne rzeczy niż kaska… I chwała im za to 🙂

  1. Czy na co dzień widzisz wielu uchodźców? Czy to jest spory problem? Jak na to patrzą Turcy?

W naszej dzielnicy widziałam uchodźców raz – przy meczecie, ale w tych bardziej popularnych dzielnicach już ich widać bardziej – niektórzy koczują pod wiaduktami, a niektórzy normalnie sobie żyją i pozna się ich tylko po języku, którego używają. Nie jest to (jeszcze) problem, może dlatego, że dotąd jakoś to było regulowane. Nie wiadomo za to, jak sprawa będzie wyglądała w najbliższej przyszłości, jak Turcja nadal będzie „zbierać” wszystkich uchodźców zawracanych z Morza Śródziemnego. Gdy rozmawiałam z Turkami (i nie tylko młodymi stambulczykami z urodzenia, ale też z dojrzałymi Turkami oryginalnie z innych miejscowości), poza „zwykłą” niechęcią do Arabów nikt, absolutnie nikt, nie miał problemu z pomocą uchodźcom. Wszyscy powoływali się na potrzebę pomocy bliźnim (bo też my sami możemy jej kiedyś potrzebować) i na zwykły humanitaryzm. Pytałam nawet podchwytliwie, czy chodzi o to, że uchodźcy to też muzułmanie i czy mieliby problem z przyjęciem Żydów albo chrześcijan, ale każdy zaprzeczał i mi przypominano, że po pierwsze, Turcja jako dawne imperium ma to w sobie, że jest i zawsze była wielokulturowym zlepkiem, a po drugie, Turcy już przyjęli jakiś czas temu falę imigracji Żydów i nikt nie robił problemów. Ciekawe i pouczające, nieprawdaż?
PS. nikt nawet się nie zajęknął o tym, że ONI nam zabiorą miejsca pracy (chociaż, fakt faktem, przy tak ogromnym bezrobociu to już nie robi różnicy hahah).

  1. Czy, ogólnie rzecz biorąc, Turcja jest krajem konserwatywnym?

Hmm do odpowiedzi na to pytanie trzeba by dokładniej zdefiniować „konserwatywny”. Religijny czy staromodny? Może poniższe dokładniej to zilustruje.
* Czy Turcy się modlą 5 razy dziennie? Pewnie wielu tak, ale akurat w moim środowisku nikt.
* Czy piątek jest inny od reszty dni? Wierzący muzułmanie starają się chociaż wtedy iść do meczetu, ale poza tym, to nie widać, żeby to był dzień inny od reszty (nie jest też dniem wolnym od pracy).
* Czy można dostać gdzieś wieprzowinę? Z tym jest ciężko, ale to nie tylko z powodu nakazów islamu, tylko po prostu nie ma tu kultury jej jedzenia i się prosiaczków raczej nie hoduje. Można dostać szynkę czy bekon w sklepach typu Carrefour, ale są drogie.
* Czy można pić alkohol? Można.
* Czy kobiety powinny zasłaniać włosy? Jak idą do meczetu, to tak, oczywiście, ale poza tym, to jest już kwestia osobista i, z tego, co widzę, w dużej mierze bardziej rodzinno-kulturowa niż stricte religijna.
* Czy kobiety powinny się skromniej ubierać, więcej zasłaniać? Właściwie nie, to też kwestia wyboru, jak ktoś się czuje w danym środowisku. I oczywiście znów do meczetu nie można wejść z odsłoniętymi ramionami lub kolanami. Ale „na mieście” dziewczyn w podartych spodniach, obcisłych i odsłaniających koszulkach widzę baaardzo dużo…

  1. Czy dużo kobiet nosi hidżab? A widzisz dużo „zakonnic”/”ninja” [kobiet całych w czerni]?

Ogólnie w Stambule nie tak dużo młodych kobiet nosi hidżab (chustę zakrywającą włosy). Kobiet z pokolenia naszych mam i babć już więcej. Ale to są różne style chust. Te noszone przez osoby „starsze” to czasem zwykłe chustki, takie jak widzimy też w Polsce u niektórych babć. Natomiast młode kobiety noszą już takie bardziej stylowe, dopasowane kolorystycznie, odpowiednio udrapowane, z ładnymi wzorami, czasem falbankami, koronkami. W mojej konserwatywnej dzielnicy większość kobiet nosi hidżab. I też w mojej dzielnicy dość sporo kobiet nosi abaje (bezkształtne sukienki, zwykle czarne, zakrywające głowę i wszystko pozostałe poza dłońmi i stopami), ale to znów tylko moja dzielnica i ogólnie w Stambule wg mnie nie jest aż tak dużo kobiet je noszących.

  1. Możesz jeszcze patrzeć na kebaby? Przecież pewnie wszyscy je wszędzie jedzą…?

Kebab…. Ach.. Nie ma nic wspólnego z tym, którego znam z Polski haa! Przede wszystkim zapomnij o sosie do kebaba. No, ewentualnie buła może być wysmarowana ostrym sosem, ale to maks i tylko niektóre miejsca to robią. Ogólnie kebab (a właściwie kebap tutaj) to lawasz (coś jak nasze tortille), do którego wrzuca się mięso, turszu (pikle) i frytki. I już. Ale to jest tylko döner kebap. Oprócz niego jest jeszcze şiş kebap (mój ulubiony: pyszniusieńkie kawałki kurczaka zdjęte z miecza, na którym były grillowane, podawany zwykle z kaszą pęczak/bulgur), adana kebap (ostre mielone mięso), iskender kebap (cienkie kawałki mięsa podawane na kawałkach chleba i polane sosem pomidorowym i masłem, jedzone z gęstym jogurtem) i jeszcze co najmniej pięć rodzajów kebabów – wiele regionów ma swoje własne lokalne receptury. Odpowiedź na pytanie: nie, chyba nigdy nie będę miała dość kebabów, bo są naprawdę pyszne (i różnorodne). A jeśli chodzi o opinię, że w Turcji je się  głównie kebaby, to aaaaaabsolutnie nie! Kuchnia turecka jest jedną z najbogatszych na świecie i jest w niej tyyyyle pysznych rzeczy, że jeden wpis to za mało. Polecam swoją drogą bloga „Turcja od kuchni” – to może Wam dać przedsmak (sic) tego, co ta kuchnia oznacza. Pyszności!

  1. Nie tęsknisz za schabikiem, szynką, boczusiem…?

Właściwie to nie tęsknię. Por. pkt 6 – mam tyle pyszności dostępnych na co dzień, a jeszcze tyle rzeczy nadal do spróbowania, że właściwie nie myślę o polskich jedzonkach (za często). Ale boczuś mam nadal w zamrażarce i czeka 😉
(po głębszym zastanowieniu) Ok, tęsknię za polskim chlebem i za pierogami, przyznaję.

  1. Jak to wygląda z alkoholem? Można spokojnie pić, dużo ludzi pije?

Alkohol jest sprzedawany do godziny 22 (albo i wcześniejszej, ale niewielu sklepikarzy jeszcze o tym wie, hihi). Można pić publicznie (tzn. niby lepiej zasłonić, ale nie ma kar za trzymanie butelki w ręku). Alkohol jest ogólnie dość drogi (piwo to ok. 9 zł, wino zaczyna się od 40 zł, wódka to min. 80 zł – z tego, co pamiętam), ale to nic, bo też nie ma takiej kultury picia, jak u nas. Zazwyczaj się ze znajomymi chodzi na herbatę, a nie na piwo (çay kosztuje nawet 2 zł) i też nie ma tradycji domówek z alkoholem, parków z piwem, czy wieczorków z drinkami. Chociaż jak przyjdzie co do czego, to Turcy potrafią pić, miejcie to na uwadze hihi. Popularnym alkoholem jest anyżowe (obrzydliwe dla mnie) rakı, ale to zwykle do posiłków (najlepiej idzie z rybami) i też nie wszystkie środowiska je lubią. Ogólnie rzecz biorąc, też nie tęsknię za bardzo za alkoholem.

  1. Czy idzie się dogadać po angielsku, czy rzeczywiście lepiej znać kilka podstawowych zwrotów po turecku?

Po europejskiej stronie jest łatwiej się dogadać po angielsku, po azjatyckiej już troszkę gorzej, a w mojej dzielnicy (znów;p) to już zupełnie nie. Gdziekolwiek jednak się nie jest, zawsze dobrze jest znać podstawowe zwroty po turecku – i dla bezpieczeństwa (wypadki, taksówki), i w celu zdobycia przychylności ludzi (wszyscy zawsze bardzo doceniają nawet najsłabsze starania). Poza tym, dla mnie to też jest wyraz szacunku dla danego kraju i jego ludzi, jeśli się staram pokazać, że mnie interesują. Pomijając już dodawanie skillów do swojej wiedzy ogólnej (;p) i szpanowanie przed kolegami znajomością słów takich jak görüşürüz (do zobaczenia), güle güle (do widzenia, jak ktoś wychodzi), alabilirmiğim (poproszę), czy leblebi (prażona cieciorka). Jak można nie kochać języka, który ma takie brzmienia? 😉

  1. Żałujesz, że wyjechałaś?

Nie, nie żałuję. Mimo że tęsknię za rodzinką, przyjaciółmi, moimi miejscami; mimo że łatwo nie jest; mimo że czasem nudno; mimo że i tak stąd wyjadę; mimo że nadal nie mówię dobrze po turecku; mimo że czasem jest zbyt samotnie, to jednak nie żałuję. Bo to, co (i kogo ;p) zdobyłam, czego się nauczyłam, jakie doświadczenia zdobyłam, to, co przeżyłam, o ile silniejsza jestem i jak bardzo się zmieniłam.. tego nigdy nie będę żałować. Mówią, że podróż w sensie geograficznym zwykle oznacza też podróż w głąb siebie. I to prawda – baaaardzo dużo się uczymy o sobie, ludziach dookoła i o świecie. Ale o tym może później, w osobnym poście…

Posłuchaj tej piosenki 

Cypr Północny – kraj „a jednak”

Niedawno pojechaliśmy na krótką wycieczkę na Cypr Północny, czyli do państwa, które właściwie nie istnieje. Po wielu walkach między Turkami a Grekami północna część wyspy została proklamowana jako turecka, ale niestety żadne państwo poza Turcją jej nie uznaje (czyli formalnie, wg ONZ, jest to teren przez Turcję okupowany). Jako państwo nieuznane, Cypr Płn. nie ma również własnej armii i zależy, zarówno militarnie, jak i ekonomicznie, całkowicie od Turcji. Warto poczytać o historii wyspy chociażby na Wikipedii (polecam obszerniejszą wersję angielską), żeby lepiej zrozumieć genezę konfliktu. A tymczasem ja chciałam opisać, jak to właściwie tam wygląda z perspektywy podróżniczej. Dla mnie Cypr Północny okazał się państwem „a jednak”. Czytajcie dalej, żeby się dowiedzieć, co to może znaczyć.

Na Cypr Północny można dostać się statkiem lub samolotem. UWAGA! Zwróćcie jednak uwagę, że dla Polaków żadna z tych opcji nie jest legalna/może nie być bezpieczna, bo to jest państwo, które istnieje niejako nielegalnie (za MSZ: „Ministerstwo Spraw Zagranicznych zwraca uwagę, że lotniska w miejscowościach położonych w tzw. Tureckiej Republiki Północnego Cypru nie są dopuszczone do międzynarodowego ruchu lotniczego, co stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa polskich obywateli.” [https://www.msz.gov.pl/pl/informacje_konsularne/ostrzezenia/informacja_dla_podrozujacych_do_tzw__tureckiej_republiki_polnocnego_cypru_]).

Jeśli jednak, mimo to, zdecydujemy się na podróż do tego kraju, może nas od razu zdziwić mnogość miejscowości na tak małej jednak wyspie. A to dlatego, że wiele nazw występuje w kilku wersjach – niby turecka i grecka jest zrozumiała, a jednak jest też kilka wersji w ramach jednego języka. Tak więc przylecieć można na lotnisko w Ercan (to występuje w tylko jednej wersji). Miasteczko akademickie, w którym mieści się śliczna katedra-meczet (o znanej nam skądinąd nazwie Ayasofya) i trochę ładnych ruin z czasów, gdy Cypr był centrum przesiadkowym na szlakach transportowych to Mağusa. Ale wszyscy na nią mówią Magosa (np. kierowcy autobusów; tam jest wtedy zwykłe „g”, nie miękkie). Na znakach drogowych występuje jako Gazimağusa, na mapach jako Famagusta (i tak też jest oficjalnie po polsku), a jeśli dobrze czytam, to po grecku to będzie Amohostos.

DSC_1604
Famagusta / Mağusa

Miejscowość z wieloma kasynami i ładnym deptakiem z pięknym widokiem na morze to Girne. Ale nazywana również Egirne, po grecku Kerynia, a po polsku Kirenia.

DSC_1675
Girne / Kirenia

Stolicą obu części wyspy jest oczywiście znana wszystkim Nikozja (po ang. Nicosia). Ale na samej wyspie nikt jej tak nie nazwie. To jest bowiem Lefkoşa (Lefkosia po grecku) i większość Turków nawet nie wiedziała, do czego się odnoszę, jak używałam angielskiej nazwy. Ogólnie sama stolica nie zrobiła na nas żadnego wrażenia i byliśmy lekko zawiedzeni, że się okazała taka nudna.

DSC_1715
Lefkoşa / Nikozja

Cypr Północny jest de facto częścią Turcji, a jednak chcieli ode mnie paszport i wlepili mi niby-wizę na lotnisku. Gdyby była to część Grecji, to powinnam móc podróżować na samym dowodzie, a gdyby była to faktycznie Turcja, to powinnam móc podróżować na samym pozwoleniu na pobyt w Turcji. A chcieli paszport. Hmm.

DSC_1817

Cypr Północny ma niby tureckie prawo i ogólnie tureckie regulacje, a jednak podatki mają już swoje – albo przynajmniej bardziej europejskie. W samej Turcji większość dóbr luksusowych (elektronika, samochody, alkohol) jest bardzo droga, ale na Cyprze już nie do końca. Wszędzie widać (i bardzo słychać!) bardzo dużo drogich i szybkich aut, jest ogromny wybór alkoholi, można odwiedzić jedno z wielu kasyn (które, tak samo ponoć jak prostytucja, są tu legalne), można pobuszować w wielu drogich butikach, a na dodatek w większości sklepów można dostać dobra importowane z Europy – słodycze najbardziej przykuły naszą uwagę (mieli nawet czekolady Wedla!).

DSC_1630

Cypr Północny powinien mieć w teorii tureckie zasady ruchu drogowego, a jednak jeździ się tam po lewej stronie drogi (jak przystało w dawnej kolonii brytyjskiej). Anglików też jest wielu – zarówno turystów, jak i mieszkających tutaj na stałe. I, co było dla nas największym szokiem (poza niespodziewanym nadjeżdżaniem aut z niewłaściwej strony, ale ok, to jest oczywiste), samochody zatrzymują się przed pieszymi! W Turcji to jest nie do pomyślenia – auto zatrzyma się (może..czasem..miejmy nadzieję) dopiero, jak się totalnie wejdzie mu pod koła.

DSC_1651

Cypr Północny powinien charakteryzować się podobną kulturą do tureckiej, a jednak nie widzi się za wielu kobiet w chustach (a w samej Mağusie to nawet więcej było Afrykanek je noszących niż Turczynek). Również o wiele więcej osób mówi po angielsku, chociaż tutaj wpływ na takie odczucie może mieć fakt, że 1) mieszkamy w konserwatywnej dzielnicy Stambułu i 2) na Cyprze mieszkaliśmy w miasteczku akademickim, więc większość społeczności to zagraniczni studenci. Tak na marginesie studenci są tu głównie z…Afryki! Nie wiem właściwie, czemu akurat stamtąd (może blisko?), ale od razu widać różnicę i to od razu mnie uderzyło – rano przed wyjazdem mijałam na ulicy konserwatywne Turczynki w chustach, a wieczorem wyluzowanych Afrykańczyków w kolorowych strojach. Niezły kontrast.

PS. Nazwy potraw tam są tureckie jako że prawie cała ludność (no, poza studentami oczywiście) to Turcy. To w odniesieniu do odwiecznego konfliktu dotyczącego pochodzenia potraw – wiele potraw Turcja i Grecja mają wspólnych/podobnych, ale inaczej je nazywają i oczywiście każdy uważa, że oryginalnie potrawa pochodzi od nich (por. kebap vs. gyros, cacık vs. tzatziki, dolma vs. dolmathes, şiş vs. souvlaki). Na Cyprze ponoć można nawet dostać wieprzowinę, ale ja osobiście jej nie widziałam.

PPS. Taka ciekawostka jeszcze na koniec. Na całej wyspie Cypr są trzy aktywne lotniska cywilne – Larnaka, Pafos i Ercan. Było jeszcze jedno w Nikozji, ale zostało opuszczone. Transport autem między którymikolwiek z nich zająłby max 2 godziny, więc oczywiście nie lata się między nimi samolotem. A co za tym idzie, jako że wszystkie loty na Cyprze są międzynarodowe, w strefie bezcłowej jest podana tylko jedna cena na produktach i nikt nie prosi o bilet przy skanowaniu ceny. Ciekawe, co?

A czy Ty byłeś już na Cyprze (w którejkolwiek części)? Jakie miałeś wrażenia? A może dopiero planujesz podróż? Śmiało pisz w komentarzach na dole i nie zapomnij subskrybować strony i/lub polubić mnie na Facebooku! 🙂
A tutaj piękne cypryjskie roślinki dla Ciebie 😀

Ona

Taki prosty wierszyk mi się napisał z okazji wiadomo jakiej. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i że Wy nie będziecie tyle czekać, żeby docenić Wasze Mamy.
Mama jest najlepsza na świecie!!!

Były fajne czasy,
Imprezy, pikniki, wycieczki.
Zawsze ludzie dookoła,
A ona taka wesoła.

Były czasy normalne,
Praca, kanapki, obiady.
Zwykłe rozmowy przy piciu
O ludziach, uczuciach, o życiu.

Miałam swoje problemy,
Zawsze coś gdzieś psułam,
Znosiła wszystkie moje krzyki,
I tylko zwierała szyki.

Ciągle o coś się buntowałam,
Zawsze coś było nie tak,
A ona cierpliwie tam stała
I zawsze przy mnie trwała.

Było też głupie zdrowie,
Nie biorę go już za pewnik,
Ona trzymała za ręce
I pomagała w udręce.

Ok, nie byłam zbyt miła,
Ciągle uciekałam,
A ona po prostu czekała,
Bo ona przecież wiedziała.

Zajęło mi to dużo czasu,
Ale w końcu zrozumiałam,
Nigdy nie jestem sama,
Bo zawsze, ZAWSZE jest Mama…

download

O stracie

black rose

[oryginalnie opublikowane 13/03/2016]

Jeśli nikogo w życiu nie straciłeś, to naprawdę możesz uważać się za szczęściarza. Większość osób nie może tego powiedzieć o sobie i zdecydowana większość ma przynajmniej tę jedną niepowetowaną stratę w swoim życiorysie. Każde życie jest tak samo ważne jak inne, ale oczywiście, że inaczej będziesz przeżywać stratę osoby, z którą byłeś blisko od tej, z którą za dużo kontaktu nie utrzymywałeś. I nie, nie ma znaczenia, czy ta osoba to rodzina czy przyjaciel, bo… patrz poprzednie zdanie.

Właśnie się dowiedziałam, że w Ankarze była kolejna eksplozja – jeszcze nie podano, ile osób zginęło, ile rannych. Ale skłoniło mnie to do napisania czegoś, o czym już długo myślałam, a co ostatnio, za sprawą innej bliskiej mi osoby, znów wróciło. Nie myślę oczywiście, że samo przeczytanie tego tekstu może komuś pomóc przejść te niewyobrażalnie trudne chwile, ale mam nadzieję, że będzie to jakaś cegiełka, która w jakiś sposób komuś przypomni, że nie jest z bólem sam i że ludzie wkoło też przez to przechodzili, przechodzą i będą przechodzić i że zawsze są przy nas…

Prawie osiem miesięcy temu zmarł mój Dziadek. Nawet samo powiedzenie lub napisanie tego słowa na „z” sprawia, że mam gulę w gardle. I tak, nie przestaję liczyć, ile już czasu minęło, bo ciągle nie mogę się z tym oswoić. Dziadek był najwspanialszą osobą, jaką kiedykolwiek znałam. Ok, mogę być trochę stronnicza, bo czy z racji bycia spod tego samego znaku zodiaku (i znaku w astrologii chińskiej), czy też dlatego, że był po prostu moją bratnią duszą, zawsze była między nami jakaś specjalna więź.

MIŁOŚĆ (trochę prywaty)

Gdy byłyśmy z siostrą małe, Dziadek zajmował się nami przez dużą część czasu i wydaje mi się, że to dzięki temu jesteśmy tak inteligentne (no ba! :D) i ciekawe świata. Miałyśmy bardzo dużo stymulantów intelektualnych już od maleńkości, a jak wiadomo, wprowadzanie bodźców wszelakich (czy to sensorycznych, czy tych stricte „na myślenie”) ma nieocenioną wartość w rozwoju dziecka. Nie sądzę, żeby Dziadkowie mieli jakąś książkową wiedzę na temat wychowywania dzieci – wszystko, co robili, było powodowane miłością i chęcią dzielenia się pięknem świata z dzieckiem. Piszę to, bo widzę, jak wielu ludzi zapomina w dzisiejszych czasach o tak podstawowych sprawach, jak zwyczajne spędzanie czasu razem. A przecież to właśnie tak dziecko się uczy i rozwija zanim wyrobi w sobie logiczne myślenie i zdolność świadomej nauki.

Dziadek też był osobą , która zawsze we mnie wierzyła i miała o mnie najlepsze zdanie. Gdy mówiłam tylko część prawdy o tym, co u mnie, żeby się nie denerwował, nawet nie dawał mi dokończyć, bo już nie mógł się nachwalić, jakie to cudowne i zdolne ma wnuczki. Z jednej strony mogło to być przygnębiające, bo wtedy się zauważało, jak bardzo tym ideałem się nie jest, ale z drugiej strony to właśnie motywowało do dążenia w stronę tego ideału. Myślę, że to poniekąd właśnie jego niezachwiana (nigdy!) wiara w nasze umiejętności/zdolności, naszą mądrość, nasze cele sprawiła, że i siostra i ja doszłyśmy tam, gdzie chciałyśmy i jesteśmy świadomymi siebie zdolnymi i szczęśliwymi kobietami. A to może mieć miejsce tylko, jeśli się poznało taką miłość i wiarę w innych już w domu.

CZAS PRZESZŁY

Czy wiesz, że mimo że upłynęło już aż (?) osiem miesięcy od Jego odejścia, nadal muszę świadomie używać czasu przeszłego. O ile pisanie o dzieciństwie powyżej było łatwe, bo naturalnie w czasie przeszłym, o tyle pisanie o Nim, że był takim a takim człowiekiem już takie łatwe nie jest. Podejrzewam, że przyzwyczajanie się do samego myślenia o kimś jako o przeszłości i przywykanie do tego, że ten ktoś już nie JEST gdzieś tutaj, ale BYŁ gdzieś tam jest jednym z najtrudniejszych elementów procesu oswajania się. Ileż to razy chciałam się czymś podzielić z całą rodziną, ale przypominałam sobie, że ona już cała nie jest i że nie mogę już czegoś powiedzieć Dziadkowi. Ileż to razy tak bardzo chciałam jeszcze spojrzeć w jego oczy, żeby zobaczyć tę mieszankę miłości, radości, dumy i zrozumienia, a zbyt nagle sobie przypominałam, że już nigdy tego nie zrobię. Ileż to razy chciałam po prostu potrzymać jego rękę, a przypominałam sobie, że ona już nie spoczywa na oparciu fotela. Ileż to razy chciałam jeszcze raz oglądać Go z jego prawnuczką i widzieć, jak się rozumieją bez słów, ale zdawałam sobie sprawę, że ona też Go już nie ma i, co najgorsze, prawdopodobnie nie będzie Go pamiętać. To są wspomnienia, których NIC nie zatrze, to są wspomnienia, które zawsze będę pielęgnować i to są wspomnienia, które mimo że tak bardzo bolą, już zawsze będą ze mną i już zawsze będą „tylko” wspomnieniami. Ale nadal chcę je mieć, na zawsze.

MAŁE RZECZY DOOKOŁA

O ile częste świadome robienie sobie sesji wspominania jest ok (nie, nie uważam tego za masochizm, a za coś bardzo normalnego i potrzebnego), tak, niestety, wspomnienia czasem uderzają niezapowiedzianie. Możesz być w autobusie, na spotkaniu ze znajomymi, robić pranie, słuchać piosenki…. cokolwiek. I nagle… BUM… przypominasz sobie zupełnie przypadkową sytuację lub obrazek z Nim w roli głównej i potrzebujesz bardzo dużo silnej woli, żeby się nie rozbeczeć tutaj, teraz, w tej chwili (ok, nie zawsze się udaje, ale hej, bardzo łatwo się wyciera łzę w autobusie, serio). Takie momenty też są bardzo naturalne i też prawdopodobnie Cię nie opuszczą, więc lepiej się do nich przyzwyczaj i naucz sobie z nimi radzić.

PRZYGOTOWANIE

Mój Dziadek miał 89 lat, gdy odszedł. Wielu ludzi stara się (chyba) robić dobrą minę do złej gry i mówi „No tak, wiek już podeszły, to pewnie było Wam łatwiej”. Nie. Nope. Absolutnie nie. Zapomnij. NIGDY nie da się przygotować na coś takiego. Tak samo będziesz przeżywać nagłą śmierć kogoś bliskiego w wypadku samochodowym, jak i odejście bliskiej starszej osoby po dłuższej chorobie. Nie ma sposobu się na to przygotować. Kiedyś myślałam, że może po to jest starość (jako że nie widzę innego jej zastosowania), żeby ludziom łatwiej było przywyknąć do tego, że ten czas się dla kogoś zbliża. No wiecie, że może po to ludzie się robią bardziej niedołężni, upierdliwi itp., żeby nam było później łatwiej. Niestety nie. Czy ktoś jest wesolutki, czy mentalnie oddalony, czy agresywny, czy nudny, czy jakikolwiek by nie był, miłość to miłość i odejście osoby, którą kochasz zawsze jest ciosem. Ciosem z zaskoczenia czy ciosem, który widziałeś na długo zanim dotarł do Ciebie, ale zawsze ciosem prosto w serce.
Tak przy okazji, jeśli słyszeliście (a kto nie słyszał? – dzięki Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy) o nie za dobrych warunkach, w jakich leżą starsze osoby, o za małej liczbie odpowiednich sprzętów albo o niewystarczającej ilości personelu na oddziałach… to prawda. Chyba nikt od nas z Rodziny nie zapomni warunków, w jakich wszystko się dzieje i tej brutalnej polskiej rzeczywistości szpitalnej w ostatnich chwilach życia Dziadka. To tylko tak, żeby dać Wam do myślenia i Wam pozostawiam wnioski i decyzję, co możecie z tym zrobić.

WAGA ŻYCIA

Zwykle, gdy mówi się o stracie bliskiej osoby, odbiorca myśli instynktownie o dorosłym członku rodziny. Wydaje mi się, że dopiero w następnej kolejności myśli się o innych bliskich (np. przyjaciołach). Ale zwykle nie myślimy (może nie chcemy) o tym, że to mogło być dziecko. Zdawać by się mogło, że skoro to jest ktoś, kto krótko był na tym świecie, to nie zdążyliśmy się do niego przyzwyczaić i łatwiej nam znieść stratę. Nic bardziej mylnego. Może tutaj też jestem lekko zboczona, ale dla mnie życie dziecka ma nieocenioną wartość. Dziecko jest niewinne, ma całe życie przed sobą, ma na karku wszystkie plany rodziców, wszystkie marzenia Rodziny, wszystkie nadzieje społeczeństwa i nagle… znika. Gdy czytałeś powyższe, zapewne myślałeś o dziecku około 4-5 letnim lub starszym. Potrafisz sobie wyobrazić rozpacz po stracie dziecka młodszego lub… jeszcze nienarodzonego? Zupełnie bezbronna istotka po prostu przestaje istnieć. Niewyobrażalny ból. Czasem nawet nie wiemy, co ktoś obok nas mógł przejść, bo czasem możemy nawet nie wiedzieć, że któraś koleżanka była w ciąży, ale miejcie na uwadze, że osoby z takimi przejściami są dookoła nas, więc… bądźcie wyrozumiali i delikatni, gdy mówicie o wartości życia i w ogóle jakkolwiek próbujecie je wartościować. Życie nie ma ceny, więc nie da się arbitralnie ocenić, które stracone życie może bardziej boleć.

JAK CIERPISZ

Nie ma dwóch takich samych ludzi. Oczywista oczywistość. Ale skoro nie ma takich samych ludzi, to nie ma też takich samych emocji. Wiadomo, że każdy odczuwa wszystko inaczej od nas. A skoro tak, to absolutnie nie mamy prawa oceniać czyjegoś sposobu radzenia sobie z bólem. To jest jedna z najbardziej indywidulanych i osobistych rzeczy w naszym życiu i definiowanie kogoś po sposobie, w jaki radzi sobie w takimi emocjami jest po prostu głupie. Miej też na uwadze, że prawdopodobnie nie masz pełnego obrazu sytuacji i na pewno nie masz wglądu w czyjeś serce lub czyjś umysł. Miej zatem na uwadze, że to, co widzisz jest tylko fasadą dla tego, co się naprawdę dzieje wewnątrz człowieka, a każdy ma inne sposoby na radzenie sobie z bólem. Ktoś zaczął za dużo pić? Może miał powód i potrzebuje pomocy, a nie oceniania? Ktoś stał się agresywny (werbalnie lub fizycznie)? Może nie radzi sobie z emocjami i potrzebuje wsparcia? Ktoś zdaje się nie przejmować tym, co się stało? Może tylko w ten sposób może okiełznać emocje? Nigdy nie możesz wiedzieć czegoś na pewno, więc najlepsze, co możesz zrobić, to dać znać, że stoisz murem koło tej osoby. Bo to, co najważniejsze, to to, żeby wiedziała, że jak już wytrzeźwieje, ochłonie, otworzy puszkę z emocjami, to jest obok ktoś, kto będzie się starał pomóc. Ot co.

Zdjęcie: LINK

Drogi Stambułu

ruch-uliczny

[oryginalnie opublikowane 23/02/2016]

Pierwszą rzeczą, o której każdy powinien pamiętać, gdy przyjeżdża do Stambułu jest to, że wszystko się zmienia. A drogi najbardziej ze wszystkiego. Miej to na uwadze, bo może cię zaskoczyć to, że droga, którą znasz tak dobrze, bo ciągle nią chodzisz, zmienia się w ciągu nocy. Albo że zakręt, z którego zwykle korzystasz, znika w ciągu weekendu. Taak, historie z życia wzięte…

Kolejną zasadą dotyczącą dróg jest to, że nie ma zasad. Ok, są znaki drogowe. Większość ludzi je zauważa. Jeśli chodzi o światła drogowe – nie. Przejścia dla pieszych – nie. Zasady ruchu drogowego (nie jechać do tyłu, nie zawracać, nie skręcać w lewo, gdy znak tego zabrania, nie jechać drogą jednokierunkową itp.) – absolutnie nie. Fajnie jest kreatywnym lub początkującym kierowcom, bo nie muszą się stresować zbyt dużą liczbą rzeczy, a jak się źle skręci, można to łatwo naprawić, ale poza tym, to taka wolność staje się trochę niebezpieczna dla innych użytkowników dróg, szczególnie pieszych, takich jak ja. Zawsze mówię, że jak ktoś twierdzi, że jest dobrym kierowcą, to niech przetrwa miesiąc na stambulskich drogach bez żadnej stłuczki/żadnego otarcia – dopiero wtedy będą mogli dostać odznakę prawdziwego „dobrego kierowcy” 😉

Drogi same w sobie nie są złe (pamiętajcie, że mówię to z perspektywy Polaka), a śmieszne jest to, że zawsze mają te strasznie wysokie krawężniki. Może i ratują życie pieszym, jak ten ucieka przed szalonym kierowcą (żarcik), ale są koszmarem dla ludzi z wózkami – nie da się na nie wjechać, trzeba wózek po prostu podnieść i wciągnąć na chodnik.

DSC_0547

Jeśli chodzi o sam transport miejski, to uważam, że jest całkiem w porządku, biorąc pod uwagę to, jak ogromnym miastem jest Stambuł. Ok, jasne, że każdy nienawidzi transportu miejskiego w godzinach szczytu i w niektórych miejscach (np. na moim końcu świata) rozkłady jazdy są trochę mniej dokładne niż w innych miejscach, ale ogólnie rzecz biorąc, sądzę, że jest to wszystko nieźle zorganizowane, a jeszcze więcej się planuje (widzi się wszędzie wieeeele budów metra). Miejska legenda: droga z jednej strony miasta na drugą (przekraczając Bosfor), włączając w to ruch w godzinach szczytu, może zająć nawet 8 godzin! I ja w to wierzę, bo mnie samej raz przejechanie tylko 3 dzielnic zajęło ponad 3 godziny (nigdy więcej!).

Gdy mowa o transporcie publicznym w Stambule, wybór jest naprawdę szeroki. Jak w większości przypadków, można wybierać pomiędzy wygodą/szybkością a oszczędnością 😉 System, który zarządza wszystkimi środkami komunikacji miejskiej to IETT. Jak zobaczysz pojazd z tym logo, oznacza to, że możesz nim jechać płacąc akbilem (biletem komunikacji miejskiej) i nie ma innych kosztów. Akbil to karta na okaziciela, którą możesz doładować w konkretnych miejscach (głównie na stacjach metra i przy większych węzłach komunikacyjnych) i zwyczajnie ją zbliżasz do kasownika przy wejściu do pojazdu IETT. Zazwyczaj nie praktykuje się płacenia kierowcy, więc jeśli nie masz akbila albo skończyły się na nim pieniążki, poproś kogoś w autobusie, żeby za ciebie skasował i zapłać tej osobie 2 TL (tyle wynosi standardowa opłata).

DSC_0308
Ładujemy sobie telefony! 🙂

Zacznijmy więc od autobusów. Na niektórych mniej popularnych trasach nadal można spotkać stare niebieskie autobusy, ale obecnie większość autbusów stambulskich to fioletowe, śliczne i wygodne busy. Oferują dostęp do wifi i ładowarek usb (czasem ratują życie, serio!). Zawsze w autobusie jest ekran lcd, który pokazuje, na jakim przystanku obecnie jesteśmy oraz ok. 10 kolejnych. Są przystanki autobusowe – czasem całe wiaty, czasami tylko żółte znaki, ale w każdym wypadku może się zdarzyć, że autobus się nie zatrzyma. Zawsze trzeba wyjść trochę (lub całkiem) na drogę i pomachać, żeby pokazać, że chcemy wsiąść do tego autobusu. Och, ileż to razy przejechały obok, nie zatrzymując się! Gdy chcesz wysiąść z autobusu, zawsze musisz wcisnąć czerwony guzik, który mówi kierowcy, które drzwi ma otworzyć. Numery autobusów składają się z liter i cyfr, ale podczas gdy niektóre mogą podpowiedzieć, dokąd jadą (np. Ü oznaczają, że jadą do Üsküdar), nadal nie mam pojęcia, jaka w tym wszystkim jest logika… :/

DSC_0551

Jako że autobusami rządzi natężenie ruchu ulicznego i dlatego korzystanie z nich może zająć za dużo czasu, zwykle próbuje się korzystać z metra ile tylko się da. Mamy 4 linie metra i w teorii mają łączyć ze sobą wszystkie części miasta. Ale póki co wszystko jest jeszcze w rozsypce i nadal wymaga wielu zmian. Samo metro jest całkiem nowoczesne i bardzo dobrze zorganizowane. Pociągi przyjeżdżają właściwie co chwilę, w każdą stronę jest ok. 5 bramek wejściowych, wiele wyjść na każdą stronę drogi na powierzchni i, co dla mnie było zaskoczeniem, linie metra są bardzo nisko pod ziemią – sporo niżej niż w Warszawie. Podczas gdy w Warszawie na perony jedzie się jeden poziom niżej, w Stambule jest to czasem 2 lub 3 poziomy poniżej. I tylko czasami to jest straszne…

Uwielbiam uczulać ludzi na różnicę w liczbie mostów między Warszawą a Stambułem. Warszawa to 2-milionowe miasto i ma 8 mostów nad Wisłą. Stambuł to 16 mln ludzi, a mosty ma… dwa. Rzecz w tym, że gdy podróżujesz komunikacją miejską, nie korzystasz z przepraw przez most, tylko z promów. Są to łodzie, które łączą każdą dzielnicę mającą dostęp do morza z najbliższymi dzielnicami po drugiej stronie. Wszystko jest zarządzane przez IETT, więc płaci się tę samą cenę co za przejazd autobusem. Promy wypływają niemal co chwilę, więc maksymalny czas oczekiwania to jakieś 15 min. (włączając w to wysiadanie i wsiadanie ludzi). Można zamówić herbatkę i po prostu cieszyć się wyprawą i widokami nad Bosforem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA    OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Europejska strona (której za dobrze nie znam) ma do zaoferowania „specjalne” środki transportu takie jak specjalne tramwaje  (Funicular, Tünel czy Nostaljik [słynny czerwony staroświecki tramwaj]) – wszystkie są powiązane z Taksim. Jest również Marmaray – połączenie tramwaju z metrem – czasem jedzie drogą, a czasem pod ziemią (też pod Bosforem!) – bardzo nowoczesny i ładny ;). Oczywiście mamy również linie wagonikowe (jako że Stambuł to miasto wielu wzgórz) i metrobus – autobus, który jeździ tylko po wyodrębnionej trasie na środku drogi, dzięki czemu jest niezależny od korków.

Gdy mowa o drogach Stambułu, nie można zapomnieć o jeszcze trzech ważnych (i zauważalnych!) ich użytkownikach. Mowa oczywiście o taksówkach, dolmuszach i minibusach. Taksówki są żółte, są wszędzie i mają dość kreatywne podejście do prowadzenia auta (zarówno jeśli chodzi o zasady, jak i drogi dojazdu). Łatwo jest złapać jakąś przejeżdżającą taksówkę, można po nią zadzwonić, można kogoś poprosić, żeby ją wezwał albo samemu ją wezwać, używając aplikacji BiTaksi (tylko się klika, że się jej potrzebuje i przyjeżdża ta, która jest najbliżej). Ostatnia opcja jest najlepsza dla samotnych kobiet, gdyż 1. można mieć pewność, że kierowca ma nawigację, więc nie będzie trzeba mu tłumaczyć trasy dojazdu oraz 2. nie powinno się zdarzyć nic złego, bo masz w aplikacji numer rejesracyjny taksówki i imię kierowcy. Kwota początkowa to 3,20 TL i lepiej sprawdź, czy nie masz wyższej! Już od jakiegoś czasu są ustalone stawki i tylko jedna ogólna firma taksówkarska, więc jedyny sposób, w jaki taksówkarze mogą oszukać, to jechać dłuższą trasą lub manewrować z taksometrem. Toteż o ile kontrolujesz taksometr i nie pokazujesz za bardzo po sobie “obcokrajowości”, będzie ok. Dolmusze to większe żółte taksówki, które zabierają 6-7 osób naraz i czekają na postoju aż się zbierze komplet. Całkiem bezpieczne i bardziej ekonomiczne niż zwykłe taksówki, ale to nadal opłata za taksi (czyli więcej niż np. za autobus). Minibusy to natomiast małe niebieskie busy, które poruszają się mniej więcej tymi sami trasami, co autobusy IETT (choć jeżdżą też na dalsze tereny), ale mogą się zatrzymywać wszędzie, płaci się za nie i nie są tak bezpieczne (niektórzy stambulczycy twierdzą, że kierowcy minibusów są szaleni, bez obrazy ;p).

PS. Fakt, że nie wspominam o jeździe na rowerze po Stambule to nie przypadek. Po prostu o tym zapomnij, również biorąc pod uwagę wszystko powyższe. 😉