FAQ o Turcji

Często spotykałam się z pytaniami o to, jak niektóre rzeczy wyglądają w Turcji. Część mitów rozwiałam już w tym poście, ale nadal pozostaje kilka spraw do omówienia (i to pewnie jeszcze w niejednym poście hihi). Dla odmiany, kwestie są przedstawione w formie FAQ (frequently asked questions), czyli często zadawanych przez Was pytań wraz z moimi odpowiedziami. Mam nadzieję, że tak jest przejrzyście i że Wam się podoba 🙂

Od razu zastrzegam, że moje opinie zamieszczone poniżej dotyczą tego, co widzę w Stambule, a opinie Turków – to też tylko ludzi, których znam tutaj, w Stambule. Niektóre rzeczy więc należy traktować poglądowo i brać pod uwagę, że mogą nie być reprezentatywne dla całego kraju. Tak samo, jak jestem świadoma, że moje czy moich znajomych opinie o Polsce i Polakach nie są reprezentatywne dla całego kraju nad Wisłą, bo to wyłącznie warszawiacy.

  1. Boisz się teraz mieszkać w Stambule albo w ogóle w Turcji? Przecież widzimy ciągle doniesienia o bombach, eksplozjach, teraz jeszcze pucz…

Byłabym głupia, gdybym nie widziała niebezpieczeństwa, ale fakt faktem, że tak samo może mnie coś spotkać tutaj, jak i w Brukseli, Paryżu czy Monachium. Ok, w Stambule było w sumie ciut więcej eksplozji niż w tych miastach, ale też nie mieszkamy po europejskiej, bardziej „popularnej” stronie, więc tutaj, w naszej nijakiej dzielnicy, jest względnie bezpiecznie. Jeśli mowa zaś o atmosferze wśród ludzi albo, dokładniej, obcokrajowców, to panika owszem jest. Za każdym razem, jak ktoś usłyszy coś głośniejszego (a może to być zwykłe strzelanie w niebo na weselu albo przy celebrowaniu czyjegoś pójścia do wojska, co jest dość powszechne), od razu pojawiają się spanikowane pytania na forach. Wiem też, że spora część obcokrajowców (Turków zresztą też) już wyjechała lub planuje wyjechać z Turcji właśnie z powodu tego bombowego/terrorystycznego stresu – co szczególnie się nasiliło po próbie puczu, wiadomo.

  1. Co Turcy sądzą o planie zniesienia dla nich wiz do strefy Schengen?

Większość moich znajomych akurat patrzy na to z przymrużeniem oka. O zniesieniu wiz dla Turków już była mowa wielokrotnie w ciągu ostatnich kilku lat i jakoś nic się nadal nie zmieniło, więc: pożyjemy, zobaczymy. Jak faktycznie zniosą wizy, to oczywiście wiele osób od razu wyjedzie „za chlebem”, ale, o dziwo, wielu ludzi nawet o tym nie myśli. Jest im w miarę dobrze tutaj i/lub nie znają języków i/lub nie chcą zostawiać rodziny i znajomych, więc po co wyjeżdżać. Trochę mnie to zdziwiło, szczerze mówiąc, bo każdy przecież myśli, że tylko czekają na okazję, żeby emigrować, ale widać są jeszcze ludzie, dla których liczą się inne rzeczy niż kaska… I chwała im za to 🙂

  1. Czy na co dzień widzisz wielu uchodźców? Czy to jest spory problem? Jak na to patrzą Turcy?

W naszej dzielnicy widziałam uchodźców raz – przy meczecie, ale w tych bardziej popularnych dzielnicach już ich widać bardziej – niektórzy koczują pod wiaduktami, a niektórzy normalnie sobie żyją i pozna się ich tylko po języku, którego używają. Nie jest to (jeszcze) problem, może dlatego, że dotąd jakoś to było regulowane. Nie wiadomo za to, jak sprawa będzie wyglądała w najbliższej przyszłości, jak Turcja nadal będzie „zbierać” wszystkich uchodźców zawracanych z Morza Śródziemnego. Gdy rozmawiałam z Turkami (i nie tylko młodymi stambulczykami z urodzenia, ale też z dojrzałymi Turkami oryginalnie z innych miejscowości), poza „zwykłą” niechęcią do Arabów nikt, absolutnie nikt, nie miał problemu z pomocą uchodźcom. Wszyscy powoływali się na potrzebę pomocy bliźnim (bo też my sami możemy jej kiedyś potrzebować) i na zwykły humanitaryzm. Pytałam nawet podchwytliwie, czy chodzi o to, że uchodźcy to też muzułmanie i czy mieliby problem z przyjęciem Żydów albo chrześcijan, ale każdy zaprzeczał i mi przypominano, że po pierwsze, Turcja jako dawne imperium ma to w sobie, że jest i zawsze była wielokulturowym zlepkiem, a po drugie, Turcy już przyjęli jakiś czas temu falę imigracji Żydów i nikt nie robił problemów. Ciekawe i pouczające, nieprawdaż?
PS. nikt nawet się nie zajęknął o tym, że ONI nam zabiorą miejsca pracy (chociaż, fakt faktem, przy tak ogromnym bezrobociu to już nie robi różnicy hahah).

  1. Czy, ogólnie rzecz biorąc, Turcja jest krajem konserwatywnym?

Hmm do odpowiedzi na to pytanie trzeba by dokładniej zdefiniować „konserwatywny”. Religijny czy staromodny? Może poniższe dokładniej to zilustruje.
* Czy Turcy się modlą 5 razy dziennie? Pewnie wielu tak, ale akurat w moim środowisku nikt.
* Czy piątek jest inny od reszty dni? Wierzący muzułmanie starają się chociaż wtedy iść do meczetu, ale poza tym, to nie widać, żeby to był dzień inny od reszty (nie jest też dniem wolnym od pracy).
* Czy można dostać gdzieś wieprzowinę? Z tym jest ciężko, ale to nie tylko z powodu nakazów islamu, tylko po prostu nie ma tu kultury jej jedzenia i się prosiaczków raczej nie hoduje. Można dostać szynkę czy bekon w sklepach typu Carrefour, ale są drogie.
* Czy można pić alkohol? Można.
* Czy kobiety powinny zasłaniać włosy? Jak idą do meczetu, to tak, oczywiście, ale poza tym, to jest już kwestia osobista i, z tego, co widzę, w dużej mierze bardziej rodzinno-kulturowa niż stricte religijna.
* Czy kobiety powinny się skromniej ubierać, więcej zasłaniać? Właściwie nie, to też kwestia wyboru, jak ktoś się czuje w danym środowisku. I oczywiście znów do meczetu nie można wejść z odsłoniętymi ramionami lub kolanami. Ale „na mieście” dziewczyn w podartych spodniach, obcisłych i odsłaniających koszulkach widzę baaardzo dużo…

  1. Czy dużo kobiet nosi hidżab? A widzisz dużo „zakonnic”/”ninja” [kobiet całych w czerni]?

Ogólnie w Stambule nie tak dużo młodych kobiet nosi hidżab (chustę zakrywającą włosy). Kobiet z pokolenia naszych mam i babć już więcej. Ale to są różne style chust. Te noszone przez osoby „starsze” to czasem zwykłe chustki, takie jak widzimy też w Polsce u niektórych babć. Natomiast młode kobiety noszą już takie bardziej stylowe, dopasowane kolorystycznie, odpowiednio udrapowane, z ładnymi wzorami, czasem falbankami, koronkami. W mojej konserwatywnej dzielnicy większość kobiet nosi hidżab. I też w mojej dzielnicy dość sporo kobiet nosi abaje (bezkształtne sukienki, zwykle czarne, zakrywające głowę i wszystko pozostałe poza dłońmi i stopami), ale to znów tylko moja dzielnica i ogólnie w Stambule wg mnie nie jest aż tak dużo kobiet je noszących.

  1. Możesz jeszcze patrzeć na kebaby? Przecież pewnie wszyscy je wszędzie jedzą…?

Kebab…. Ach.. Nie ma nic wspólnego z tym, którego znam z Polski haa! Przede wszystkim zapomnij o sosie do kebaba. No, ewentualnie buła może być wysmarowana ostrym sosem, ale to maks i tylko niektóre miejsca to robią. Ogólnie kebab (a właściwie kebap tutaj) to lawasz (coś jak nasze tortille), do którego wrzuca się mięso, turszu (pikle) i frytki. I już. Ale to jest tylko döner kebap. Oprócz niego jest jeszcze şiş kebap (mój ulubiony: pyszniusieńkie kawałki kurczaka zdjęte z miecza, na którym były grillowane, podawany zwykle z kaszą pęczak/bulgur), adana kebap (ostre mielone mięso), iskender kebap (cienkie kawałki mięsa podawane na kawałkach chleba i polane sosem pomidorowym i masłem, jedzone z gęstym jogurtem) i jeszcze co najmniej pięć rodzajów kebabów – wiele regionów ma swoje własne lokalne receptury. Odpowiedź na pytanie: nie, chyba nigdy nie będę miała dość kebabów, bo są naprawdę pyszne (i różnorodne). A jeśli chodzi o opinię, że w Turcji je się  głównie kebaby, to aaaaaabsolutnie nie! Kuchnia turecka jest jedną z najbogatszych na świecie i jest w niej tyyyyle pysznych rzeczy, że jeden wpis to za mało. Polecam swoją drogą bloga „Turcja od kuchni” – to może Wam dać przedsmak (sic) tego, co ta kuchnia oznacza. Pyszności!

  1. Nie tęsknisz za schabikiem, szynką, boczusiem…?

Właściwie to nie tęsknię. Por. pkt 6 – mam tyle pyszności dostępnych na co dzień, a jeszcze tyle rzeczy nadal do spróbowania, że właściwie nie myślę o polskich jedzonkach (za często). Ale boczuś mam nadal w zamrażarce i czeka 😉
(po głębszym zastanowieniu) Ok, tęsknię za polskim chlebem i za pierogami, przyznaję.

  1. Jak to wygląda z alkoholem? Można spokojnie pić, dużo ludzi pije?

Alkohol jest sprzedawany do godziny 22 (albo i wcześniejszej, ale niewielu sklepikarzy jeszcze o tym wie, hihi). Można pić publicznie (tzn. niby lepiej zasłonić, ale nie ma kar za trzymanie butelki w ręku). Alkohol jest ogólnie dość drogi (piwo to ok. 9 zł, wino zaczyna się od 40 zł, wódka to min. 80 zł – z tego, co pamiętam), ale to nic, bo też nie ma takiej kultury picia, jak u nas. Zazwyczaj się ze znajomymi chodzi na herbatę, a nie na piwo (çay kosztuje nawet 2 zł) i też nie ma tradycji domówek z alkoholem, parków z piwem, czy wieczorków z drinkami. Chociaż jak przyjdzie co do czego, to Turcy potrafią pić, miejcie to na uwadze hihi. Popularnym alkoholem jest anyżowe (obrzydliwe dla mnie) rakı, ale to zwykle do posiłków (najlepiej idzie z rybami) i też nie wszystkie środowiska je lubią. Ogólnie rzecz biorąc, też nie tęsknię za bardzo za alkoholem.

  1. Czy idzie się dogadać po angielsku, czy rzeczywiście lepiej znać kilka podstawowych zwrotów po turecku?

Po europejskiej stronie jest łatwiej się dogadać po angielsku, po azjatyckiej już troszkę gorzej, a w mojej dzielnicy (znów;p) to już zupełnie nie. Gdziekolwiek jednak się nie jest, zawsze dobrze jest znać podstawowe zwroty po turecku – i dla bezpieczeństwa (wypadki, taksówki), i w celu zdobycia przychylności ludzi (wszyscy zawsze bardzo doceniają nawet najsłabsze starania). Poza tym, dla mnie to też jest wyraz szacunku dla danego kraju i jego ludzi, jeśli się staram pokazać, że mnie interesują. Pomijając już dodawanie skillów do swojej wiedzy ogólnej (;p) i szpanowanie przed kolegami znajomością słów takich jak görüşürüz (do zobaczenia), güle güle (do widzenia, jak ktoś wychodzi), alabilirmiğim (poproszę), czy leblebi (prażona cieciorka). Jak można nie kochać języka, który ma takie brzmienia? 😉

  1. Żałujesz, że wyjechałaś?

Nie, nie żałuję. Mimo że tęsknię za rodzinką, przyjaciółmi, moimi miejscami; mimo że łatwo nie jest; mimo że czasem nudno; mimo że i tak stąd wyjadę; mimo że nadal nie mówię dobrze po turecku; mimo że czasem jest zbyt samotnie, to jednak nie żałuję. Bo to, co (i kogo ;p) zdobyłam, czego się nauczyłam, jakie doświadczenia zdobyłam, to, co przeżyłam, o ile silniejsza jestem i jak bardzo się zmieniłam.. tego nigdy nie będę żałować. Mówią, że podróż w sensie geograficznym zwykle oznacza też podróż w głąb siebie. I to prawda – baaaardzo dużo się uczymy o sobie, ludziach dookoła i o świecie. Ale o tym może później, w osobnym poście…

Posłuchaj tej piosenki 

Reklamy

Cypr Północny – kraj „a jednak”

Niedawno pojechaliśmy na krótką wycieczkę na Cypr Północny, czyli do państwa, które właściwie nie istnieje. Po wielu walkach między Turkami a Grekami północna część wyspy została proklamowana jako turecka, ale niestety żadne państwo poza Turcją jej nie uznaje (czyli formalnie, wg ONZ, jest to teren przez Turcję okupowany). Jako państwo nieuznane, Cypr Płn. nie ma również własnej armii i zależy, zarówno militarnie, jak i ekonomicznie, całkowicie od Turcji. Warto poczytać o historii wyspy chociażby na Wikipedii (polecam obszerniejszą wersję angielską), żeby lepiej zrozumieć genezę konfliktu. A tymczasem ja chciałam opisać, jak to właściwie tam wygląda z perspektywy podróżniczej. Dla mnie Cypr Północny okazał się państwem „a jednak”. Czytajcie dalej, żeby się dowiedzieć, co to może znaczyć.

Na Cypr Północny można dostać się statkiem lub samolotem. UWAGA! Zwróćcie jednak uwagę, że dla Polaków żadna z tych opcji nie jest legalna/może nie być bezpieczna, bo to jest państwo, które istnieje niejako nielegalnie (za MSZ: „Ministerstwo Spraw Zagranicznych zwraca uwagę, że lotniska w miejscowościach położonych w tzw. Tureckiej Republiki Północnego Cypru nie są dopuszczone do międzynarodowego ruchu lotniczego, co stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa polskich obywateli.” [https://www.msz.gov.pl/pl/informacje_konsularne/ostrzezenia/informacja_dla_podrozujacych_do_tzw__tureckiej_republiki_polnocnego_cypru_]).

Jeśli jednak, mimo to, zdecydujemy się na podróż do tego kraju, może nas od razu zdziwić mnogość miejscowości na tak małej jednak wyspie. A to dlatego, że wiele nazw występuje w kilku wersjach – niby turecka i grecka jest zrozumiała, a jednak jest też kilka wersji w ramach jednego języka. Tak więc przylecieć można na lotnisko w Ercan (to występuje w tylko jednej wersji). Miasteczko akademickie, w którym mieści się śliczna katedra-meczet (o znanej nam skądinąd nazwie Ayasofya) i trochę ładnych ruin z czasów, gdy Cypr był centrum przesiadkowym na szlakach transportowych to Mağusa. Ale wszyscy na nią mówią Magosa (np. kierowcy autobusów; tam jest wtedy zwykłe „g”, nie miękkie). Na znakach drogowych występuje jako Gazimağusa, na mapach jako Famagusta (i tak też jest oficjalnie po polsku), a jeśli dobrze czytam, to po grecku to będzie Amohostos.

DSC_1604
Famagusta / Mağusa

Miejscowość z wieloma kasynami i ładnym deptakiem z pięknym widokiem na morze to Girne. Ale nazywana również Egirne, po grecku Kerynia, a po polsku Kirenia.

DSC_1675
Girne / Kirenia

Stolicą obu części wyspy jest oczywiście znana wszystkim Nikozja (po ang. Nicosia). Ale na samej wyspie nikt jej tak nie nazwie. To jest bowiem Lefkoşa (Lefkosia po grecku) i większość Turków nawet nie wiedziała, do czego się odnoszę, jak używałam angielskiej nazwy. Ogólnie sama stolica nie zrobiła na nas żadnego wrażenia i byliśmy lekko zawiedzeni, że się okazała taka nudna.

DSC_1715
Lefkoşa / Nikozja

Cypr Północny jest de facto częścią Turcji, a jednak chcieli ode mnie paszport i wlepili mi niby-wizę na lotnisku. Gdyby była to część Grecji, to powinnam móc podróżować na samym dowodzie, a gdyby była to faktycznie Turcja, to powinnam móc podróżować na samym pozwoleniu na pobyt w Turcji. A chcieli paszport. Hmm.

DSC_1817

Cypr Północny ma niby tureckie prawo i ogólnie tureckie regulacje, a jednak podatki mają już swoje – albo przynajmniej bardziej europejskie. W samej Turcji większość dóbr luksusowych (elektronika, samochody, alkohol) jest bardzo droga, ale na Cyprze już nie do końca. Wszędzie widać (i bardzo słychać!) bardzo dużo drogich i szybkich aut, jest ogromny wybór alkoholi, można odwiedzić jedno z wielu kasyn (które, tak samo ponoć jak prostytucja, są tu legalne), można pobuszować w wielu drogich butikach, a na dodatek w większości sklepów można dostać dobra importowane z Europy – słodycze najbardziej przykuły naszą uwagę (mieli nawet czekolady Wedla!).

DSC_1630

Cypr Północny powinien mieć w teorii tureckie zasady ruchu drogowego, a jednak jeździ się tam po lewej stronie drogi (jak przystało w dawnej kolonii brytyjskiej). Anglików też jest wielu – zarówno turystów, jak i mieszkających tutaj na stałe. I, co było dla nas największym szokiem (poza niespodziewanym nadjeżdżaniem aut z niewłaściwej strony, ale ok, to jest oczywiste), samochody zatrzymują się przed pieszymi! W Turcji to jest nie do pomyślenia – auto zatrzyma się (może..czasem..miejmy nadzieję) dopiero, jak się totalnie wejdzie mu pod koła.

DSC_1651

Cypr Północny powinien charakteryzować się podobną kulturą do tureckiej, a jednak nie widzi się za wielu kobiet w chustach (a w samej Mağusie to nawet więcej było Afrykanek je noszących niż Turczynek). Również o wiele więcej osób mówi po angielsku, chociaż tutaj wpływ na takie odczucie może mieć fakt, że 1) mieszkamy w konserwatywnej dzielnicy Stambułu i 2) na Cyprze mieszkaliśmy w miasteczku akademickim, więc większość społeczności to zagraniczni studenci. Tak na marginesie studenci są tu głównie z…Afryki! Nie wiem właściwie, czemu akurat stamtąd (może blisko?), ale od razu widać różnicę i to od razu mnie uderzyło – rano przed wyjazdem mijałam na ulicy konserwatywne Turczynki w chustach, a wieczorem wyluzowanych Afrykańczyków w kolorowych strojach. Niezły kontrast.

PS. Nazwy potraw tam są tureckie jako że prawie cała ludność (no, poza studentami oczywiście) to Turcy. To w odniesieniu do odwiecznego konfliktu dotyczącego pochodzenia potraw – wiele potraw Turcja i Grecja mają wspólnych/podobnych, ale inaczej je nazywają i oczywiście każdy uważa, że oryginalnie potrawa pochodzi od nich (por. kebap vs. gyros, cacık vs. tzatziki, dolma vs. dolmathes, şiş vs. souvlaki). Na Cyprze ponoć można nawet dostać wieprzowinę, ale ja osobiście jej nie widziałam.

PPS. Taka ciekawostka jeszcze na koniec. Na całej wyspie Cypr są trzy aktywne lotniska cywilne – Larnaka, Pafos i Ercan. Było jeszcze jedno w Nikozji, ale zostało opuszczone. Transport autem między którymikolwiek z nich zająłby max 2 godziny, więc oczywiście nie lata się między nimi samolotem. A co za tym idzie, jako że wszystkie loty na Cyprze są międzynarodowe, w strefie bezcłowej jest podana tylko jedna cena na produktach i nikt nie prosi o bilet przy skanowaniu ceny. Ciekawe, co?

A czy Ty byłeś już na Cyprze (w którejkolwiek części)? Jakie miałeś wrażenia? A może dopiero planujesz podróż? Śmiało pisz w komentarzach na dole i nie zapomnij subskrybować strony i/lub polubić mnie na Facebooku! 🙂
A tutaj piękne cypryjskie roślinki dla Ciebie 😀

Ona

Taki prosty wierszyk mi się napisał z okazji wiadomo jakiej. Mam nadzieję, że Wam się spodoba i że Wy nie będziecie tyle czekać, żeby docenić Wasze Mamy.
Mama jest najlepsza na świecie!!!

Były fajne czasy,
Imprezy, pikniki, wycieczki.
Zawsze ludzie dookoła,
A ona taka wesoła.

Były czasy normalne,
Praca, kanapki, obiady.
Zwykłe rozmowy przy piciu
O ludziach, uczuciach, o życiu.

Miałam swoje problemy,
Zawsze coś gdzieś psułam,
Znosiła wszystkie moje krzyki,
I tylko zwierała szyki.

Ciągle o coś się buntowałam,
Zawsze coś było nie tak,
A ona cierpliwie tam stała
I zawsze przy mnie trwała.

Było też głupie zdrowie,
Nie biorę go już za pewnik,
Ona trzymała za ręce
I pomagała w udręce.

Ok, nie byłam zbyt miła,
Ciągle uciekałam,
A ona po prostu czekała,
Bo ona przecież wiedziała.

Zajęło mi to dużo czasu,
Ale w końcu zrozumiałam,
Nigdy nie jestem sama,
Bo zawsze, ZAWSZE jest Mama…

download

O stracie

black rose

[oryginalnie opublikowane 13/03/2016]

Jeśli nikogo w życiu nie straciłeś, to naprawdę możesz uważać się za szczęściarza. Większość osób nie może tego powiedzieć o sobie i zdecydowana większość ma przynajmniej tę jedną niepowetowaną stratę w swoim życiorysie. Każde życie jest tak samo ważne jak inne, ale oczywiście, że inaczej będziesz przeżywać stratę osoby, z którą byłeś blisko od tej, z którą za dużo kontaktu nie utrzymywałeś. I nie, nie ma znaczenia, czy ta osoba to rodzina czy przyjaciel, bo… patrz poprzednie zdanie.

Właśnie się dowiedziałam, że w Ankarze była kolejna eksplozja – jeszcze nie podano, ile osób zginęło, ile rannych. Ale skłoniło mnie to do napisania czegoś, o czym już długo myślałam, a co ostatnio, za sprawą innej bliskiej mi osoby, znów wróciło. Nie myślę oczywiście, że samo przeczytanie tego tekstu może komuś pomóc przejść te niewyobrażalnie trudne chwile, ale mam nadzieję, że będzie to jakaś cegiełka, która w jakiś sposób komuś przypomni, że nie jest z bólem sam i że ludzie wkoło też przez to przechodzili, przechodzą i będą przechodzić i że zawsze są przy nas…

Prawie osiem miesięcy temu zmarł mój Dziadek. Nawet samo powiedzenie lub napisanie tego słowa na „z” sprawia, że mam gulę w gardle. I tak, nie przestaję liczyć, ile już czasu minęło, bo ciągle nie mogę się z tym oswoić. Dziadek był najwspanialszą osobą, jaką kiedykolwiek znałam. Ok, mogę być trochę stronnicza, bo czy z racji bycia spod tego samego znaku zodiaku (i znaku w astrologii chińskiej), czy też dlatego, że był po prostu moją bratnią duszą, zawsze była między nami jakaś specjalna więź.

MIŁOŚĆ (trochę prywaty)

Gdy byłyśmy z siostrą małe, Dziadek zajmował się nami przez dużą część czasu i wydaje mi się, że to dzięki temu jesteśmy tak inteligentne (no ba! :D) i ciekawe świata. Miałyśmy bardzo dużo stymulantów intelektualnych już od maleńkości, a jak wiadomo, wprowadzanie bodźców wszelakich (czy to sensorycznych, czy tych stricte „na myślenie”) ma nieocenioną wartość w rozwoju dziecka. Nie sądzę, żeby Dziadkowie mieli jakąś książkową wiedzę na temat wychowywania dzieci – wszystko, co robili, było powodowane miłością i chęcią dzielenia się pięknem świata z dzieckiem. Piszę to, bo widzę, jak wielu ludzi zapomina w dzisiejszych czasach o tak podstawowych sprawach, jak zwyczajne spędzanie czasu razem. A przecież to właśnie tak dziecko się uczy i rozwija zanim wyrobi w sobie logiczne myślenie i zdolność świadomej nauki.

Dziadek też był osobą , która zawsze we mnie wierzyła i miała o mnie najlepsze zdanie. Gdy mówiłam tylko część prawdy o tym, co u mnie, żeby się nie denerwował, nawet nie dawał mi dokończyć, bo już nie mógł się nachwalić, jakie to cudowne i zdolne ma wnuczki. Z jednej strony mogło to być przygnębiające, bo wtedy się zauważało, jak bardzo tym ideałem się nie jest, ale z drugiej strony to właśnie motywowało do dążenia w stronę tego ideału. Myślę, że to poniekąd właśnie jego niezachwiana (nigdy!) wiara w nasze umiejętności/zdolności, naszą mądrość, nasze cele sprawiła, że i siostra i ja doszłyśmy tam, gdzie chciałyśmy i jesteśmy świadomymi siebie zdolnymi i szczęśliwymi kobietami. A to może mieć miejsce tylko, jeśli się poznało taką miłość i wiarę w innych już w domu.

CZAS PRZESZŁY

Czy wiesz, że mimo że upłynęło już aż (?) osiem miesięcy od Jego odejścia, nadal muszę świadomie używać czasu przeszłego. O ile pisanie o dzieciństwie powyżej było łatwe, bo naturalnie w czasie przeszłym, o tyle pisanie o Nim, że był takim a takim człowiekiem już takie łatwe nie jest. Podejrzewam, że przyzwyczajanie się do samego myślenia o kimś jako o przeszłości i przywykanie do tego, że ten ktoś już nie JEST gdzieś tutaj, ale BYŁ gdzieś tam jest jednym z najtrudniejszych elementów procesu oswajania się. Ileż to razy chciałam się czymś podzielić z całą rodziną, ale przypominałam sobie, że ona już cała nie jest i że nie mogę już czegoś powiedzieć Dziadkowi. Ileż to razy tak bardzo chciałam jeszcze spojrzeć w jego oczy, żeby zobaczyć tę mieszankę miłości, radości, dumy i zrozumienia, a zbyt nagle sobie przypominałam, że już nigdy tego nie zrobię. Ileż to razy chciałam po prostu potrzymać jego rękę, a przypominałam sobie, że ona już nie spoczywa na oparciu fotela. Ileż to razy chciałam jeszcze raz oglądać Go z jego prawnuczką i widzieć, jak się rozumieją bez słów, ale zdawałam sobie sprawę, że ona też Go już nie ma i, co najgorsze, prawdopodobnie nie będzie Go pamiętać. To są wspomnienia, których NIC nie zatrze, to są wspomnienia, które zawsze będę pielęgnować i to są wspomnienia, które mimo że tak bardzo bolą, już zawsze będą ze mną i już zawsze będą „tylko” wspomnieniami. Ale nadal chcę je mieć, na zawsze.

MAŁE RZECZY DOOKOŁA

O ile częste świadome robienie sobie sesji wspominania jest ok (nie, nie uważam tego za masochizm, a za coś bardzo normalnego i potrzebnego), tak, niestety, wspomnienia czasem uderzają niezapowiedzianie. Możesz być w autobusie, na spotkaniu ze znajomymi, robić pranie, słuchać piosenki…. cokolwiek. I nagle… BUM… przypominasz sobie zupełnie przypadkową sytuację lub obrazek z Nim w roli głównej i potrzebujesz bardzo dużo silnej woli, żeby się nie rozbeczeć tutaj, teraz, w tej chwili (ok, nie zawsze się udaje, ale hej, bardzo łatwo się wyciera łzę w autobusie, serio). Takie momenty też są bardzo naturalne i też prawdopodobnie Cię nie opuszczą, więc lepiej się do nich przyzwyczaj i naucz sobie z nimi radzić.

PRZYGOTOWANIE

Mój Dziadek miał 89 lat, gdy odszedł. Wielu ludzi stara się (chyba) robić dobrą minę do złej gry i mówi „No tak, wiek już podeszły, to pewnie było Wam łatwiej”. Nie. Nope. Absolutnie nie. Zapomnij. NIGDY nie da się przygotować na coś takiego. Tak samo będziesz przeżywać nagłą śmierć kogoś bliskiego w wypadku samochodowym, jak i odejście bliskiej starszej osoby po dłuższej chorobie. Nie ma sposobu się na to przygotować. Kiedyś myślałam, że może po to jest starość (jako że nie widzę innego jej zastosowania), żeby ludziom łatwiej było przywyknąć do tego, że ten czas się dla kogoś zbliża. No wiecie, że może po to ludzie się robią bardziej niedołężni, upierdliwi itp., żeby nam było później łatwiej. Niestety nie. Czy ktoś jest wesolutki, czy mentalnie oddalony, czy agresywny, czy nudny, czy jakikolwiek by nie był, miłość to miłość i odejście osoby, którą kochasz zawsze jest ciosem. Ciosem z zaskoczenia czy ciosem, który widziałeś na długo zanim dotarł do Ciebie, ale zawsze ciosem prosto w serce.
Tak przy okazji, jeśli słyszeliście (a kto nie słyszał? – dzięki Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy) o nie za dobrych warunkach, w jakich leżą starsze osoby, o za małej liczbie odpowiednich sprzętów albo o niewystarczającej ilości personelu na oddziałach… to prawda. Chyba nikt od nas z Rodziny nie zapomni warunków, w jakich wszystko się dzieje i tej brutalnej polskiej rzeczywistości szpitalnej w ostatnich chwilach życia Dziadka. To tylko tak, żeby dać Wam do myślenia i Wam pozostawiam wnioski i decyzję, co możecie z tym zrobić.

WAGA ŻYCIA

Zwykle, gdy mówi się o stracie bliskiej osoby, odbiorca myśli instynktownie o dorosłym członku rodziny. Wydaje mi się, że dopiero w następnej kolejności myśli się o innych bliskich (np. przyjaciołach). Ale zwykle nie myślimy (może nie chcemy) o tym, że to mogło być dziecko. Zdawać by się mogło, że skoro to jest ktoś, kto krótko był na tym świecie, to nie zdążyliśmy się do niego przyzwyczaić i łatwiej nam znieść stratę. Nic bardziej mylnego. Może tutaj też jestem lekko zboczona, ale dla mnie życie dziecka ma nieocenioną wartość. Dziecko jest niewinne, ma całe życie przed sobą, ma na karku wszystkie plany rodziców, wszystkie marzenia Rodziny, wszystkie nadzieje społeczeństwa i nagle… znika. Gdy czytałeś powyższe, zapewne myślałeś o dziecku około 4-5 letnim lub starszym. Potrafisz sobie wyobrazić rozpacz po stracie dziecka młodszego lub… jeszcze nienarodzonego? Zupełnie bezbronna istotka po prostu przestaje istnieć. Niewyobrażalny ból. Czasem nawet nie wiemy, co ktoś obok nas mógł przejść, bo czasem możemy nawet nie wiedzieć, że któraś koleżanka była w ciąży, ale miejcie na uwadze, że osoby z takimi przejściami są dookoła nas, więc… bądźcie wyrozumiali i delikatni, gdy mówicie o wartości życia i w ogóle jakkolwiek próbujecie je wartościować. Życie nie ma ceny, więc nie da się arbitralnie ocenić, które stracone życie może bardziej boleć.

JAK CIERPISZ

Nie ma dwóch takich samych ludzi. Oczywista oczywistość. Ale skoro nie ma takich samych ludzi, to nie ma też takich samych emocji. Wiadomo, że każdy odczuwa wszystko inaczej od nas. A skoro tak, to absolutnie nie mamy prawa oceniać czyjegoś sposobu radzenia sobie z bólem. To jest jedna z najbardziej indywidulanych i osobistych rzeczy w naszym życiu i definiowanie kogoś po sposobie, w jaki radzi sobie w takimi emocjami jest po prostu głupie. Miej też na uwadze, że prawdopodobnie nie masz pełnego obrazu sytuacji i na pewno nie masz wglądu w czyjeś serce lub czyjś umysł. Miej zatem na uwadze, że to, co widzisz jest tylko fasadą dla tego, co się naprawdę dzieje wewnątrz człowieka, a każdy ma inne sposoby na radzenie sobie z bólem. Ktoś zaczął za dużo pić? Może miał powód i potrzebuje pomocy, a nie oceniania? Ktoś stał się agresywny (werbalnie lub fizycznie)? Może nie radzi sobie z emocjami i potrzebuje wsparcia? Ktoś zdaje się nie przejmować tym, co się stało? Może tylko w ten sposób może okiełznać emocje? Nigdy nie możesz wiedzieć czegoś na pewno, więc najlepsze, co możesz zrobić, to dać znać, że stoisz murem koło tej osoby. Bo to, co najważniejsze, to to, żeby wiedziała, że jak już wytrzeźwieje, ochłonie, otworzy puszkę z emocjami, to jest obok ktoś, kto będzie się starał pomóc. Ot co.

Zdjęcie: LINK

Drogi Stambułu

ruch-uliczny

[oryginalnie opublikowane 23/02/2016]

Pierwszą rzeczą, o której każdy powinien pamiętać, gdy przyjeżdża do Stambułu jest to, że wszystko się zmienia. A drogi najbardziej ze wszystkiego. Miej to na uwadze, bo może cię zaskoczyć to, że droga, którą znasz tak dobrze, bo ciągle nią chodzisz, zmienia się w ciągu nocy. Albo że zakręt, z którego zwykle korzystasz, znika w ciągu weekendu. Taak, historie z życia wzięte…

Kolejną zasadą dotyczącą dróg jest to, że nie ma zasad. Ok, są znaki drogowe. Większość ludzi je zauważa. Jeśli chodzi o światła drogowe – nie. Przejścia dla pieszych – nie. Zasady ruchu drogowego (nie jechać do tyłu, nie zawracać, nie skręcać w lewo, gdy znak tego zabrania, nie jechać drogą jednokierunkową itp.) – absolutnie nie. Fajnie jest kreatywnym lub początkującym kierowcom, bo nie muszą się stresować zbyt dużą liczbą rzeczy, a jak się źle skręci, można to łatwo naprawić, ale poza tym, to taka wolność staje się trochę niebezpieczna dla innych użytkowników dróg, szczególnie pieszych, takich jak ja. Zawsze mówię, że jak ktoś twierdzi, że jest dobrym kierowcą, to niech przetrwa miesiąc na stambulskich drogach bez żadnej stłuczki/żadnego otarcia – dopiero wtedy będą mogli dostać odznakę prawdziwego „dobrego kierowcy” 😉

Drogi same w sobie nie są złe (pamiętajcie, że mówię to z perspektywy Polaka), a śmieszne jest to, że zawsze mają te strasznie wysokie krawężniki. Może i ratują życie pieszym, jak ten ucieka przed szalonym kierowcą (żarcik), ale są koszmarem dla ludzi z wózkami – nie da się na nie wjechać, trzeba wózek po prostu podnieść i wciągnąć na chodnik.

DSC_0547

Jeśli chodzi o sam transport miejski, to uważam, że jest całkiem w porządku, biorąc pod uwagę to, jak ogromnym miastem jest Stambuł. Ok, jasne, że każdy nienawidzi transportu miejskiego w godzinach szczytu i w niektórych miejscach (np. na moim końcu świata) rozkłady jazdy są trochę mniej dokładne niż w innych miejscach, ale ogólnie rzecz biorąc, sądzę, że jest to wszystko nieźle zorganizowane, a jeszcze więcej się planuje (widzi się wszędzie wieeeele budów metra). Miejska legenda: droga z jednej strony miasta na drugą (przekraczając Bosfor), włączając w to ruch w godzinach szczytu, może zająć nawet 8 godzin! I ja w to wierzę, bo mnie samej raz przejechanie tylko 3 dzielnic zajęło ponad 3 godziny (nigdy więcej!).

Gdy mowa o transporcie publicznym w Stambule, wybór jest naprawdę szeroki. Jak w większości przypadków, można wybierać pomiędzy wygodą/szybkością a oszczędnością 😉 System, który zarządza wszystkimi środkami komunikacji miejskiej to IETT. Jak zobaczysz pojazd z tym logo, oznacza to, że możesz nim jechać płacąc akbilem (biletem komunikacji miejskiej) i nie ma innych kosztów. Akbil to karta na okaziciela, którą możesz doładować w konkretnych miejscach (głównie na stacjach metra i przy większych węzłach komunikacyjnych) i zwyczajnie ją zbliżasz do kasownika przy wejściu do pojazdu IETT. Zazwyczaj nie praktykuje się płacenia kierowcy, więc jeśli nie masz akbila albo skończyły się na nim pieniążki, poproś kogoś w autobusie, żeby za ciebie skasował i zapłać tej osobie 2 TL (tyle wynosi standardowa opłata).

DSC_0308
Ładujemy sobie telefony! 🙂

Zacznijmy więc od autobusów. Na niektórych mniej popularnych trasach nadal można spotkać stare niebieskie autobusy, ale obecnie większość autbusów stambulskich to fioletowe, śliczne i wygodne busy. Oferują dostęp do wifi i ładowarek usb (czasem ratują życie, serio!). Zawsze w autobusie jest ekran lcd, który pokazuje, na jakim przystanku obecnie jesteśmy oraz ok. 10 kolejnych. Są przystanki autobusowe – czasem całe wiaty, czasami tylko żółte znaki, ale w każdym wypadku może się zdarzyć, że autobus się nie zatrzyma. Zawsze trzeba wyjść trochę (lub całkiem) na drogę i pomachać, żeby pokazać, że chcemy wsiąść do tego autobusu. Och, ileż to razy przejechały obok, nie zatrzymując się! Gdy chcesz wysiąść z autobusu, zawsze musisz wcisnąć czerwony guzik, który mówi kierowcy, które drzwi ma otworzyć. Numery autobusów składają się z liter i cyfr, ale podczas gdy niektóre mogą podpowiedzieć, dokąd jadą (np. Ü oznaczają, że jadą do Üsküdar), nadal nie mam pojęcia, jaka w tym wszystkim jest logika… :/

DSC_0551

Jako że autobusami rządzi natężenie ruchu ulicznego i dlatego korzystanie z nich może zająć za dużo czasu, zwykle próbuje się korzystać z metra ile tylko się da. Mamy 4 linie metra i w teorii mają łączyć ze sobą wszystkie części miasta. Ale póki co wszystko jest jeszcze w rozsypce i nadal wymaga wielu zmian. Samo metro jest całkiem nowoczesne i bardzo dobrze zorganizowane. Pociągi przyjeżdżają właściwie co chwilę, w każdą stronę jest ok. 5 bramek wejściowych, wiele wyjść na każdą stronę drogi na powierzchni i, co dla mnie było zaskoczeniem, linie metra są bardzo nisko pod ziemią – sporo niżej niż w Warszawie. Podczas gdy w Warszawie na perony jedzie się jeden poziom niżej, w Stambule jest to czasem 2 lub 3 poziomy poniżej. I tylko czasami to jest straszne…

Uwielbiam uczulać ludzi na różnicę w liczbie mostów między Warszawą a Stambułem. Warszawa to 2-milionowe miasto i ma 8 mostów nad Wisłą. Stambuł to 16 mln ludzi, a mosty ma… dwa. Rzecz w tym, że gdy podróżujesz komunikacją miejską, nie korzystasz z przepraw przez most, tylko z promów. Są to łodzie, które łączą każdą dzielnicę mającą dostęp do morza z najbliższymi dzielnicami po drugiej stronie. Wszystko jest zarządzane przez IETT, więc płaci się tę samą cenę co za przejazd autobusem. Promy wypływają niemal co chwilę, więc maksymalny czas oczekiwania to jakieś 15 min. (włączając w to wysiadanie i wsiadanie ludzi). Można zamówić herbatkę i po prostu cieszyć się wyprawą i widokami nad Bosforem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA    OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Europejska strona (której za dobrze nie znam) ma do zaoferowania „specjalne” środki transportu takie jak specjalne tramwaje  (Funicular, Tünel czy Nostaljik [słynny czerwony staroświecki tramwaj]) – wszystkie są powiązane z Taksim. Jest również Marmaray – połączenie tramwaju z metrem – czasem jedzie drogą, a czasem pod ziemią (też pod Bosforem!) – bardzo nowoczesny i ładny ;). Oczywiście mamy również linie wagonikowe (jako że Stambuł to miasto wielu wzgórz) i metrobus – autobus, który jeździ tylko po wyodrębnionej trasie na środku drogi, dzięki czemu jest niezależny od korków.

Gdy mowa o drogach Stambułu, nie można zapomnieć o jeszcze trzech ważnych (i zauważalnych!) ich użytkownikach. Mowa oczywiście o taksówkach, dolmuszach i minibusach. Taksówki są żółte, są wszędzie i mają dość kreatywne podejście do prowadzenia auta (zarówno jeśli chodzi o zasady, jak i drogi dojazdu). Łatwo jest złapać jakąś przejeżdżającą taksówkę, można po nią zadzwonić, można kogoś poprosić, żeby ją wezwał albo samemu ją wezwać, używając aplikacji BiTaksi (tylko się klika, że się jej potrzebuje i przyjeżdża ta, która jest najbliżej). Ostatnia opcja jest najlepsza dla samotnych kobiet, gdyż 1. można mieć pewność, że kierowca ma nawigację, więc nie będzie trzeba mu tłumaczyć trasy dojazdu oraz 2. nie powinno się zdarzyć nic złego, bo masz w aplikacji numer rejesracyjny taksówki i imię kierowcy. Kwota początkowa to 3,20 TL i lepiej sprawdź, czy nie masz wyższej! Już od jakiegoś czasu są ustalone stawki i tylko jedna ogólna firma taksówkarska, więc jedyny sposób, w jaki taksówkarze mogą oszukać, to jechać dłuższą trasą lub manewrować z taksometrem. Toteż o ile kontrolujesz taksometr i nie pokazujesz za bardzo po sobie “obcokrajowości”, będzie ok. Dolmusze to większe żółte taksówki, które zabierają 6-7 osób naraz i czekają na postoju aż się zbierze komplet. Całkiem bezpieczne i bardziej ekonomiczne niż zwykłe taksówki, ale to nadal opłata za taksi (czyli więcej niż np. za autobus). Minibusy to natomiast małe niebieskie busy, które poruszają się mniej więcej tymi sami trasami, co autobusy IETT (choć jeżdżą też na dalsze tereny), ale mogą się zatrzymywać wszędzie, płaci się za nie i nie są tak bezpieczne (niektórzy stambulczycy twierdzą, że kierowcy minibusów są szaleni, bez obrazy ;p).

PS. Fakt, że nie wspominam o jeździe na rowerze po Stambule to nie przypadek. Po prostu o tym zapomnij, również biorąc pod uwagę wszystko powyższe. 😉

Rzeczy, których możesz nie wiedzieć

[oryginalnie opublikowane tylko w jęz. polskim 06/02/2016]

We wrześniu 2015 pisałam o podstawowych faktach o Turcji (tutaj – opublikowane na PL blogu w marcu 2016). Teraz kolej na drugą część poradnika:

Rzeczy, których możesz nie wiedzieć o Turcji i Stambule

1. Nazwa miasta to Stambuł

Ponownie, ale mogę to powtarzać do znudzenia – miasto, w którym mieszkam, a które NIE JEST stolicą Turcji, to po polsku Stambuł (NIE Istambuł, NIE Istanbul ani żadna inna wersja).

2. Waluta to lira turecka

Walutą używaną w Turcji jest ta lira turecka (TL lub dawniej YTL). W odróżnieniu od dawnej waluty włoskiej (ten lir), ma na końcu samogłoskę, czyli odmienia się np. w dopełniaczu (kogo? czego?) l. poj.: tej liry (NIE tego lira), a l. mn.: tych lir (a NIE tych lirów).

3. Turcja ma cztery morza, a Stambuł dwa

Turcja leży nad czterema morzami – Czarnym, Marmara, Egejskim i Śródziemnym. Stambuł jest otoczony dwoma pierwszymi.

Niech Was nie zmyli to, że Turcja ma tyle mórz. Nie oznacza to wcale, że wszyscy Turcy umieją pływać. Wręcz przeciwnie. Kraj ma 4 cudowne cieplutkie morza, a większość Turków, których znam słabiutko pływa! Ach, i dla nich morze zazwyczaj jest za zimne. Nie znają Bałtyku phii ;D
Morze Marmara jest wyłącznie na terenie Turcji (żaden inny kraj nie ma do niego dostępu) i to właśnie ono jest w słynnej Cieśninie Bosfor. Od Morza Czarnego oddziela je właśnie Bosfor, a od Morza Egejskiego oddzielają je słynne Dardanele (niedaleko jest Troja, która korzystała z dobrego logistycznie ułożenia cieśniny i to też właśnie tutaj toczyły się krwawe walki podczas I Wojny Światowej).

4. Nad Bosforem obecnie mosty są dwa

W Stambule widoczne są właściwie dwie „wody”, gdy się przemieszcza między, nazwijmy to, centralnymi dzielnicami części azjatyckiej i europejskiej. Pierwsza woda to oczywiście Bosfor. Druga to Cieśnina Złoty Róg. Gdy jest się w drodze, łatwo pomylić Złoty Róg z Bosforem, bo są dość niedaleko od siebie. Ale Złoty Róg nie jest Bosforem, jest wyłącznie po stronie europejskiej i nie oddziela kontynentów od siebie.

Nad Bosforem są dwa (no, prawie trzy) mosty – most Bosforski, Most sułtana Mehmeta Zdobywcy i trzeci most, Yavuz Sultan Selim, dopiero jest budowany.

Nad Złotym Rogiem są natomiast 3 mosty – wśród nich popularny most Galata. To na nim właśnie Kennedy (?) popełnił słynną gafę, mówiąc, że przeszedł na inny kontynent.

map-golden-horn
Tu po prawej jest już Bosfor. To zdjęcie nie jest moje, ale nie mogłam znaleźć informacji o autorze… 😦

5. W Stambule głównym jedzeniem „ulicznym” wcale nie jest kebab

Ok, można natknąć się na stoiska (grille) z różnego rodzaju kebabami (albo, po turecku, kebaPami), zwykle przy dużych punktach przesiadkowych. Są też barki z typowymi dönerami, ale wcale nie są one głównym jedzeniem ulicznym, jak u nas.

W Stambule w okolicach Taksim jedzeniem poimprezowym są burgery, a w Kadıköy głównie zupa (tak, dobrze czytasz), dürüm (baranina, kurczak lub kasza bulgur [çiğ köfte] zawinięta w cieniutki placek) i pizza (na kawałki).

Jesienią na wybrzeżu Eminönü je się balık ekmek, czyli lokalne rybki, świeżo złowione, upchnięte w wielkiej bułce z sałatą, cebulą itp. Do tego bierze się turşu w kubeczku (piklowana w soli kapusta bleee).

DSC_0528

Jesienią i zimą wszędzie je się kasztany. Zapach grilla z kasztanami czuć już z daleka. Można też je kupować w sklepach i przygotowywać samemu w domu. Kupuje się specjalny hmm nożyk do nacinania skorupek, przygotowuje kasztany, smaży na suchej patelni i voila! Zgadnijcie, jak spędzamy większość wieczorów w styczniu 😉 Mmmm. Ale uwaga, to są inne kasztany niż nasze polskie! Nie próbujcie nic takiego robić z polskimi, bo mimo, że spokrewnione, to jednak te nasze są ponoć trujące.

DSC_0510

Zimą pije się salep (tr. sahlep). Wywar ze sproszkowanego męskiego storczyka. Czyli takie mleczko. Aż wstyd, ale nadal nie spróbowałam.. :/

Latem za to je się kukurydzę – zwyczajne kuleczki gotowanej kukurydzy podawane w kubeczku.

I też latem (choć trzeba uważać, bo to akurat niekoniecznie lubi słońce) wszędzie dostępne są muszle. Chłopcy chodzą z wielkimi tacami i każdemu wciskają muszle wypełnione ryżem. Wyglądają jak ostrygi, ale muszli używa się tylko jako podajnika do buzi ;p, a w środku jest tylko ryż odpowiednio przyprawiony, który jeszcze skrapiamy cytrynką.

Więcej o jedzeniu w kolejnych postach 😉

Zrób to TERAZ!

Hugh Laurie Quotes-65

[oryginalnie opublikowane 02/01/2016]

“Myślę, że czekanie aż będzie się gotowym jest straszną rzeczą. Mam teraz to odczucie, że nikt właściwie nigdy nie jest gotowy, żeby coś zrobić. Nie ma raczej takiej rzeczy, jak bycie gotowym. Jest tylko teraz. I właściwie możesz to zrobić teraz. Ogólnie rzecz biorąc, teraz jest bardzo dobrym czasem na zrobienie czegoś.” Hugh Laurie [tłum. własne]

Zawsze myślałam o sobie jako o osobie cierpliwej. Miałam swoje plany na jutro, przyszły tydzień, przyszły rok, całe przyszłe życie i wiedziałam, że kiedyś te plany spełnię. Kiedyś.. Czekałam więc na nadejście właściwego dnia na rozpoczęcie wprowadzania zmian krok po kroku, jak tylko będę na to gotowa. Ale ten dzień nigdy nie nadszedł. Ponieważ nigdy nie możemy być w pełni gotowi – zawsze będą dziesiątki spraw do zamknięcia, setki rozmów do przeprowadzenia, tysiące „bo będzie, gdy” do przemyślenia..

Jak zakończę wszystko tutaj? Jak powiem te wszystkie pożegnania? Jak skrócę okres wypowiedzenia? Jak sobie dam radę z papierkami? Jak mogę spakować całe swoje życie w jedną walizkę? Czy moje przyjaźnie przejdą próbę czasu? Czy mi się tam uda? Czy mi się tam spodoba?

I tak dni mijają jeden po drugim, a my coraz bardziej utykamy w życiu, w którym nie jesteśmy szczęśliwi. Jedyną możliwą drogą jest powiedzenie STOP, teraz zmieniam wszystko. Nie jestem gotowa, ale i tak chcę spróbować, chcę podjąć to ryzyko. Ok, niektóre rzeczy pozostanę niezamknięte, niektóre rozmowy będzie trzeba przełożyć, niektóre sprawy będzie trzeba przeprowadzić online, ale.. co z tego? Chodzi mi o to, że nie ma nic złego w nagłej zmianie wszystkiego i świat dookoła jest bardziej przyjazny i wyrozumiały niż nam się wydaje. Ludzie naprawdę rozumieją, że czasem nie można już dłużej czekać i teraz nadszedł już czas. Bo inaczej.. ten czas nigdy nie nadejdzie. Więc podejmujesz ryzyko i wyruszasz w drogę, żeby znaleźć szczęście.

Ale.. skąd właścwie mamy wiedzieć, czego chcemy i czego nam brakuje, żeby być w pełni szczęśliwymi? Co trzeba zrobić, żeby zdać sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy szczęśliwi z tym, co mamy, gdzie jesteśmy (zarówno w życiu, jak i w świecie), kto jest dookoła nas i uwierzyć, że zmiana w jednym z tych czynników lub we wszystkich z nich sprawi, że od razu będziemy szczęśliwi. Tak właściwie, to nigdy nie możemy być pewni, że zmiana poprawi jakąś rzecz.. lub wszystkie. Musimy zajrzeć w głąb siebie i poszukać. Chodzi o to, że musimy sobie zdać sprawę, dokopując się do samej podstawy problemu, co jest tą JEDNĄ rzeczą, która nam przeszkadza, co jest tą JEDNĄ rzeczą, która może wprawić w ruch inne zmiany i jakoś doprowadzić do innych ulepszeń. Oczywiście ta jedna rzecz nie zmieni magicznie wszystkiego, ale to zawsze dobry punkt startowy. W moim przypadku to było otoczenie – zawsze te same miejsca, ci sami ludzie, brak rozwoju i to uczucie utknięcia w jednym miejscu. Niektórzy powiedzą, że dobra praca, kochająca rodzina i przyjaciele to więcej niż można sobie życzyć, ale.. tu nie chodzi o innych ludzi, ale, jakkolwiek egoistycznie to zabrzmi, tylko o CIEBIE. To Ty musisz dojść do miejsca, w którym sobie powiesz: nie obchodzą mnie inni, JA uważam, że potrzebuję TEGO, żeby być szczęśliwa. I tak.. po prostu zabierasz się do robienia właśnie tego. Zwyczajnie.

Więc.. co Cię nadal powstrzymuje przed zmianą swojego życia? Odważysz się zajrzeć w głąb siebie, żeby się tego dowiedzieć? 😉

photo credit: link

Duch Świąt

DSC_0897.JPG

[orygialnie opublikowane 26/12/2015]

Jeszcze są Święta, nadal jesteśmy w atmosferze myślenia o Rodzinie, Przyjaciołach, o tradycjach, dobrych uczynkach, prezentach.. Czy to wszystko nadal ma rację bytu, gdy jest się z dala od corocznych tradycji?

Może jestem jakaś inna, ale Święta nie mają dla mnie takiej metafizycznej magii, jaką mają dla niektórych. Właściwie bardzo się cieszyłam z faktu, że w końcu będę z dala od wszędobylskiego „Laaaast Christmas”, Kevina samego w domu, ludzi biegających po sklepach z obłędem w oczach, kolejek za karpiem, czy wreszcie mnóstwa Świątecznych życzeń od ludzi, z którymi zupełnie nie mam kontaktu (dlaczego oni właściwie nadal mają moje dane kontaktowe, tak na marginesie??).

W Turcji nie obchodzi się Świąt Bożego Narodzenia, rzecz jasna, ale nie oznacza to, że nie obchodzą w tym czasie niczego. To, co my wiążemy ze Świętami, u nich idzie w parze z…Nowym Rokiem!

  • Wszelkie bałwanki, śnieżynki, aniołki, choinki i bombki nadal są wszędzie, ale nie mówią „Wesołych Świąt”, a „Szczęśliwego Nowego Roku”.
  • Piosenek świątecznych i kolęd oczywiście nigdzie nie słyszałam, ale tym większego znaczenia dla mnie nabrały te śpiewane przeze mnie (i nawet się niektóre spodobały mojemu Lubemu).
  • Niestety nie wiem, czy jest jakiś specjalny program noworoczny w telewizji, bo jej nie oglądam…
  • Ludzie tutaj chodzą po sklepach na co dzień z obłędem w oczach (no dobrze, żartuję – tylko niektóre pannice mają na twarzach wyraz paniki, że nie zdążą kupić najnowszego modelu spodni, ale to też jest raczej uniwersalne).
  • Kolejek za karpiem nie ma. Może dlatego, że karpia tu nie znają, może dlatego, że ryby są zwyczajnie drogie i dość ciężko dostępne. Tak, jestem w kraju, który ma cztery morza i owszem, w mieście, które jest nad morzem położone. Nie jada się tu ryb zbyt często. Zapytajcie polityków, dlaczego takie ceny 😉
  • Od życzeń świątecznych od zapomnianych „znajomych” chyba nie da się uciec. Cóż, takie czasy. Tak łatwo się wysyła zbiorcze wiadomości, nawet nie trzeba sprawdzać odbiorców.

Pytanie jednak pozostaje – czy mimo dystansu od rodziny, znajomych, tradycji nadal można doświadczać magii Świąt i to w kraju, który tych Świąt nie uznaje?

Byłam na spotkaniu świątecznym u znajomej pół-Niemki, pół-Turczynki. Był to najbardziej świąteczny dom, jaki w życiu widziałam i najcieplejsza domowa atmosfera, jakiej doświadczyłam (poza moją własną, rzecz jasna, ale tutaj jestem stronnicza). Czyli: miejsce zupełnie nie świadczy o tym, jakie będą Święta, a ludzie, którzy te Święta tworzą własnymi rękami i sercem.

Czy zatem, z drugiej strony, wystarczy chęć i serce, żeby tę właściwą atmosferę stworzyć? Ja miałam chęć i mimo bardzo niesprzyjających okoliczności (brak produktów, brak możliwości transportu, choroba w Wigilię, itp.) coś tam udało mi się na stole postawić. Ok, kolacja wyszła za późno, z ciasta wyszedł zakalec, z pewnością nie było 12 potraw (choć z założenia miało być tylko symbolicznie). W teorii kolacja mi nie wyszła, no zwykła klapa. Byłam przez to jeszcze bardziej zestresowana. I wiecie co? Chodziło właśnie o ten drugi element. Serce. Mój Luby się cieszył jak dziecko. Bo się starałam. Bo on widział w tym serce, mimo że ja, z dala od świątecznej gorączki i tak w nią wpadłam. Dobrze mieć kogoś, kto nam o takich rzeczach przypomina. ❤

Pięć rzeczy na temat miłości

holding-hands

[oryginalnie opublikowane tylko po angielsku 24/11/2015]

Nie jestem specjalistką w dziedzinie relacji międzyludzkich (a właściwie zawsze myślałam, że jestem w tym dość słaba) i nie mówię, że mam w stu procentach rację, ale „zaliczyłam” naprawdę dużo różnych doświadczeń i spędziłam bardzo dużo czasu je analizując, omawiając różne aspekty z ludźmi, próbując znaleźć rozwiązania, odpowiedzi i… nigdy do niczego nie doszłam. Więc teraz wreszcie jestem na tym etapie życia, że czuję się spełniona i co do którego nie mam absolutnie żadnych wątpliwości… i pomyślałam, że podzielę się z Wami kilkoma z moich myśli, żebyście może i Wy sobie porozmyślali. Naprawdę myślę, że te punkty mają sens, logicznie rzecz biorąc, więc czemu by ich nie sprawdzić?
(Piszę z perspektywy kobiety, ale oczywiście to wszystko ma zastosowanie również dla facetów).

  1. Nie myśl o swoich byłych, ale też… nigdy o nich nie zapominaj

Każdy wie, że wspominanie związków od dawna nieistniejących nie ma sensu, bo, jak mówią, nic dobrego z tego nie wyjdzie. Ale tak naprawdę można wyciągnąć wiele dobrego z niezapominania o nich. Co najważniejsze, są ważną częścią naszej przeszłości i, czy tego chcemy czy nie, historii nie da się wymazać. Na pewno mieliście złe chwile, ale były też te dobre, prawda? Opowiadanie obecnemu facetowi o niezwykłych zdolnościach łóżkowych byłego partnera nie ma sensu, bo wiadomo, jak faceci są wrażliwi w „tych” tematach. Ale z drugiej strony, jesteśmy homo sapiensami, więc chcemy wierzyć, że możemy się uczyć. A najlepiej uczymy się na własnych błędach. Najważniejsze w tym jest jednak to, żeby umieć analizować doświadczenia z przeszłości „na zimno” i wyciągać wnioski. Wnioski, które zrobią z nas lepszych ludzi i pomogą nam uniknąć podobnych błędów w przyszłości.

2. W końcu uwierz Temu Jedynemu, gdy mówi, że Cię kocha taką, jaka jesteś

Oczywiście to nie znaczy, że masz przestać dbać o siebie, rozwijać się w każdym możliwym kierunku, chodzić na siłownię, nosić makijaż, zakładać ładną bielizną i co tylko jeszcze Ci przyjdzie do głowy, ale po prostu uwierz, że jesteś najpiękniejszą i najbardziej pożądaną osobą na świecie. Nie byłabym sobą, gdybym zaraz tego nie chciała racjonalizować, więc jak ja sobie to układałam w głowie: jest spora szansa, że Ten Jedyny widzi Cię jako osobę idealną, tak samo jak On sam jest idealny dla Ciebie. Przecież Ty nie uciekasz z krzykiem na widok Jego nowego pryszcza lub gdy poczujesz zapach Jego pach (nie uciekasz, prawda? ;p), więc dlaczego On miałby to zrobić? To dlaczego by nie dać sobie spokoju i po prostu to zaakceptować, przejść nad tym do porządku dziennego? Poza tym, wierzymy w równouprawnienie, prawda?

3. Nigdy nie przestawaj się rozwijać

Jak już nadmieniłam w punkcie 1, nasz gatunek jest wyjątkowy, bo się uczymy, wyciągamy wnioski i się zmieniamy/rozwijamy. Możliwość spojrzenia w głąb siebie w poszukiwaniu wad do naprawy jest najlepszą umiejętnością, w jaką możemy zainwestować. Oczywiście że nauczenie się tego zajmie nam trochę czasu, bo z takimi umiejętnościami się nie rodzimy (chyba), ale naprawdę warto próbować (i próbować i próbować ponownie), bo w efekcie nie tylko będziemy w stanie lepiej zrozumieć siebie, ale też być lepszymi ludźmi i lepszymi partnerami. Uczymy się przez całe życie, ale kto powiedział, że tylko przez czytanie książek, gazet, odbywanie studiów, zdobywanie dyplomów? Oznacza to też samodoskonalenie się, uczenie się samych siebie, czyli tego, co jest w środku. I w dzisiejszych czasach może nawet ma to większe znaczenie niż kiedykolwiek – w świecie mnożących się biznesów i, co za tym idzie, wymaganych umiejętności, odbytych kursów, zdobytych doświadczeń… Prawdziwie świadoma siebie osoba jest zwyczajnie lepszym partnerem. Nic dodać, nic ująć.

4. Nie zagub się

Oczywiście, że na początku nowego związku jesteśmy totalnie zakochani, same motylki, serduszka, buziaczki, jednorożce, tęcze… Ale ta faza pewnego dnia się kończy (a przynajmniej powinna) i przychodzi prawdziwe życie. Nie mówię, że nie możemy być nieustannie w kimś szaleńczo zakochani, ale po jakimś czasie (naukowcy mówią, że to zwykle 3 miesiące) po prostu musimy zwolnić trochę tempo i zmienić perspektywę. To właśnie wtedy pojawiają się pierwsze kryzysy, pierwsze duże kłótnie, pierwsze wielkie dyskusje (o spojrzeniu na życie, o rodzinie, o pieniądzach). To właśnie wtedy mają miejsce wszystkie analizy pozytywów i negatywów. To wtedy też zaczyna się poważne myślenie. I to też wtedy musimy zadać sobie pytanie, czy to na pewno jest to, czego oczekujemy od życia. Jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości, zastanów się ponownie. Tu nie ma miejsca na pobożne życzenia, na myśli typu „on się na pewno zmieni”, „on po prostu potrzebuje czasu”, „jeszcze nad tym pracujemy”. Nie, on już by się dawno zmienił, gdyby mógł, już dawno by znalazł czas, gdyby chciał i już przecież mieliście wystarczająco dużo czasu, żeby nad tym popracować. Żadnych wymówek. To jest zwyczajnie zbyt poważny temat, żeby na niego marnować wymówki. No i sorry, wiem, że to brzmi strasznie, ale zwyczajnie nie powinnyśmy mieć czasu na wątpliwości, niezdecydowanych facetów i niepewne/niejasne sytuacje. Idziemy dalej razem albo podążamy innymi ścieżkami. .

5. Snujcie razem marzenia i wspólnie omawiajcie przyszłość

Jeśli jeszcze nigdy nie snułaś marzeń z partnerem, to lepiej zacznij. Bo to naprawdę uczy baaaaardzo dużo o partnerze – nie uwierzysz, jak dużo. Tylko w takich prywatnych sesjach wspólnego marzenia możesz mówić o najistotniejszych aspektach przyszłości. I tylko wtedy możesz dowiedzieć się tak zaskakujących rzeczy o innej osobie. Bo zapewniam, że dowiesz się rzeczy, o których absolutnie nie miałaś wcześniej pojęcia. Ja niestety wiem z autopsji, że zakładanie pewnych rzeczy (teorii, nie skarpetek ;p) to najgorsze, co można zrobić i nigdy do niczego dobrego (i konkretnego) nie prowadzi. Założenia oparte są na TWOIM punkcie widzenia i dlatego są automatycznie błędne, gdy dotyczą innej osoby. Nawet jeśli myślisz, że znasz wszystkie fakty, nigdy przecież nie wiesz, jak inna osoba je odbiera i, co za tym idzie, co o nich sądzi. Poza tym, samo istnienie założeń oznacza, że nie było dyskusji, bo wtedy – przy konfrontacji – zmieniłyby się w prawdy albo bzdury.
Więc ponownie, ludzie, rozmawiajcie, rozmawiajcie ze swoimi Połówkami, bo na tym zawsze skorzystacie – poznacie fakty, dowiecie się rzeczy o samym sobie lub zdobędziecie tę niestandardową, ale tak ważną wiedzę o innym człowieku.

 Zdjęcie: link

Kilka faktów o Turcji

flaga

[Oryginalnie opublikowane 08/11/2015]

To jest powtórzenie mojego postu z Facebooka sprzed prawie dwóch miesięcy, ale pomyślałam, że i tutaj powinno się to znaleźć. 🙂

Post jest efektem wielu fałszywych opinii o Turcji, z którym się spotkałam, a przyda się Wam zanim przyjedziecie mnie odwiedzić 🙂 Dajcie znać, jeśli macie jeszcze jakieś wątpliwości, chętnie się z nimi zapoznam i do nich odniosę. 

1. Turcja nie jest krajem islamskim.

Turcja jest oficjalnie od lat 20 XXw. krajem świeckim. Oznacza to, że owszem, dominującą religią jest islam, ale zgodnie z konstytucją nie może on znacząco wpływać na decyzje polityczne państwa.

2. W Turcji nie używa się arabskiego – ani języka, ani alfabetu.

W Turcji mówi się językiem tureckim, a używa alfabetu łacińskiego (takiego jak nasz; dodatkowo mają tylko cztery znaki diakrytyczne ı, ğ, ş i ç oraz znane z niemieckiego umlauty ö i ü).

3. Stolicą Turcji nie jest Stambuł.

Mimo że Stambuł (i to jest jedyna poprawna polska pisownia tego słowa) jest największym i najludniejszym miastem Turcji, nie jest on obecnie stolicą kraju. Jest nią leżąca bardziej na wschód Ankara.

4. W Turcji nie traktuje się z zasady źle kobiet.

Oczywiście, że są regiony na pd.-wschodzie, gdzie kobiety mają mniejsze prawa i są bardziej podporządkowane mężczyznom, ale ani w większych miastach (jak Stambuł) ani w miejscowościach turystycznych (gdzie również mieszka wiele Polek) nie widać znaczących różnic w traktowaniu kobiet i mężczyzn. Jeśli już to w traktowaniu Turków i nie-Turków wink emoticon

5. W Turcji nie zawsze są upały.

Teraz właśnie pada deszcz, a zimą czasem nawet pada śnieg! I ja, Słowianka z urodzenia, wychowana w mroźnym kraju północy, ciągle marznę!